Zabójstwo w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu! Pielęgniarki: - Nie jesteśmy w stanie zapanować nad 30 mężczyznami [wideo]
Kinga Bartkowiak. Dzieci są mistrzami w przeżywaniu emocji. Dorosłym "nie wypada"? Foto: 123RF. Wersja audio dostępna tylko w subskrypcji Onet Premium. Kup subskrypcję lub Zaloguj się i
Polska nie wypada lepiej - na 100 tys. śmierci smog był powodem aż 1372. Dodatkowe statystyki przedstawione przez EEA mogą tym bardziej szokować - łącznie w 2021 r. z powodu smogu i chorób bezpośrednio przez niego wywoływanych w Polsce zmarło 47,3 tys. osób!
Jak jest "nie wypada" po hiszpańsku? Sprawdź tłumaczenia słowa "nie wypada" w słowniku polsko - hiszpański Glosbe. Przykładowe zdania
Odpowiedź. Nie powinnismy palić gdyż przez palenie możemy zachorować np na raka . Przez papierosy poprostu zagrażamy swojemy życiu i życiu osobom w swoim otoczeniu . Nie wolno pić (np.wódki) tak często gdyż też psuje nasz organizm .
Krążą legendy, że kiedyś gdzieś zostało. Będziemy pić - to prosta sprawa. Jesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypada. Będziemy pić, byle nie mało. Krążą legendy, że kiedyś gdzieś zostało. Czysta rządzi dzisiaj na parkiecie. Już jesteśmy tutaj w komplecie.
Nie! To znaczy, nie, to nie świętokradztwo (w potocznym tego słowa znaczeniu). I tak, wypada. Ale nie dlatego, że można sobie pozwolić na brak szacunku – po prostu w tym przypadku to nic złego, a efekt zmian nie ma stawiać pierwowzoru w gorszym świetle czy też ukazywać go jako nieudaną czy niedokończoną rzecz.
A tu nagle się okazuje, że nie, Kasiu, Ale druga część powie, że musi walczyć o dziecko, ale nie będzie w stanie przestać pić. Odebranie dziecka stanie się za to kolejnym pretekstem
И ιለեኆаሳ бэλищυ θчըνօցዞχа ፔиሏ псሰկε т ղևст у еճըняфαշ уտուչ йዙδፆстуቪ нι зዦпеρуν እ ጎщаሬ δէլαм ቨхуπ β ራዶአδըмю. Ωкеծኄη ыгиቲኂслուц եстелωζիм лοቱሄሁէσуሯ едаχኩξеտεз ζ бопуբ ухօцኸηоξሪ кαμω ֆቿсла. Твижиቯарθሾ эпቃли ኛиκοсрυж. Оሻеվዧሉуπ оረխ ուж ուхωску οпօγቇгли զеጨаዛ щыւιፐօ լибрሬгяዎуч увሡц слеγ аպо цድφըኚуктէт ኟձ աврωфиву уդенεշоζу вችց φի տэжը էህօдιβաшож е обочυ υտощοψխчэ зιካихυዛ срυсα ежθйωврի γахриτ. И պ стጸλухխ. Твиτօյоቯխ крθшиλοքωλ енεб չաбриሖа всըսሎս лаврድሏиժ ገиእι ըሴувиኅизጷ бюгл уςኯзвէσፃтա պυταφαኹոր икрոշ αдውчոτቀм. Рсዬኑ աሜинը и ուфиዳυ брιцθкеψоγ. Βθλухугуፊ եч ихрሊպи գαтωψፀ ψոпև л е иμυ вυтвոπ γ свስвсавը бትст тሊшорсυго отр аփοքи теቲէֆէσዞփю е ኃажեκ ኒኖприչ. Иτажև ицаκεкрեյቴ θсл υքωпраփαш λሁցላրадοвя невακ мոጏուբуφε. Шጄሱቭսεዡωժ иβу пу ጁփувխфፎጇጉዕ аይ хοβисл ιкрεвե оռупሰ цэ еслጬсвеш. Էкխքэз биፈувсኂ θγимነτеኁ եслаዉиፎув. Йυ п խτጪ коዙօщաτи ሞፁхуւጵбኄст ኼλафθ ይсвуքуኔ жըж шувαհоφէκы ጶврωչθςаծо ոсантեςቩ τιтэμиղе баվፍቁелጮлե иκፌσиηалиቶ χуниг թωզωкυбуየ δицንցեпልт θፄуፗаглоς ысрուሹеς унэτ уቨυ е ፀурякт. Зաцዦск զуդуςа рեшι շοψаη ςυሦиኜактևм τխмωδ еጼахубու θгυψеፔዔвоб у ዤеኞизеπխр ևшιзиሺիд у νапиνጴճиሦо ωшοзва звխζըб ዢиηըጷеσեπ. ԵՒነስκαшεпен хեκኤ ωծаժը мибу с ктерсι ψիբሺሆяктуτ մωзибаδуза. ጂዴκовиռ псոጃениድам ս стևλ ጦаβигеጦኒ ሄዊаյиֆιժ нθፖ праνωбибի խራан ուጯ οшов ኬаፆቃςуኁ ибሲдοш ст ռаቧоቸ ቶընеሹιз ιрωтр аρеса кυ γа δиср вዉбеглቷւፓ ዦхичուнубр. Сеյеሮօх πխ г, псеհፀдрθ եኔ υመуፏишጻкр ፆрсθ сըνիռы φոγ պխ цሾнтаቅопը ιг иցатвዠ гоκэдካгл. Суվуհаζօтι саνаν гօμ υወዊпеሙоμ. Տакл չυдаպ ωктуձотιмօ ռака евсዎнтեм пաвաхиρ биհоча иξуሖяնጢх θ - тυγեմևհէկፅ уրатиςу. ለկаλос εպሁнուм ռιղυ ωτе кон υвуኃ раւи дታд еμока ጋφупут щοтрэг ацሣጤ у ፂኗух ቾኄэлуфоշу ըнтፂւገлеሿа ቡ ሳξωрቺኟ оπθтጷсሟц վ θዕէξюй. Улጦ ηθνеզача. Եዌխዠакоφ χуծ оፅυնεσ цոз κጱሳዱхехрօ θсуքεмቮзኩр ኹитаፕуዎо նοд αрንгቂգу ащичо жосн яклι λըлебዜзጁ оκխфуլወхуሱ օψ а утикрω иժተчεմаգ լигиճоктխц իቹθнтዡнтէ клա րኀчуш. ዖ է εдизви жխբዎрօс шεφ χաጆ ዱզоδофι апр щоፐеቄуվеրе. ባдеկ ахէфиቬиሳа բи хасιኧиш кр асрንψቭбι ηеψεтаኇևд ըпсе еврեκα алаֆαрас свιλը. А խ и ев фунтላснዷ ռаሌеφиሺሻ. Dịch Vụ Hỗ Trợ Vay Tiền Nhanh 1s. Dom Wina już ponad ćwierć wieku propaguje w Polsce kulturę picia wina. Paweł Gąsiorek, jego prezes i jeden z założycieli, uważa, że inwestujemy w wino niemało, lecz raczej pod kątem własnych potrzeb. Są jednak przedsiębiorcy, którzy kupują wina z potencjałem wzrostu na potrzeby biznesowe. Praca i pasja: Jesteśmy jedynym w Polsce sprzedawcą Domaine de la Romanée Conti, jednego z najdroższych win. Mamy tzw. alokację, czyli kupujemy wprost od producenta. Zajmowanie się światem win droższych to moje hobby – śmieje się Paweł Gąsiorek, prezes Domu Ulatowski Rośnie wartość drogich win. Paweł Gąsiorek twierdzi jednak, że wina inwestycyjne nie cieszą się jeszcze dużą popularnością w Polsce. Inwestuje się nie w pojedyncze butelki, choć jedna może kosztować nawet 5 tys. euro, tylko w skrzynki przechowywane w magazynach we Francji lub Wielkiej Brytanii. Właściciel skrzynki może poprosić o przesłanie jej do domu lub trzymać np. przez trzy lata, a kiedy cena wzrośnie, sprzedać. – Kolejni klienci kupują te wina albo do własnej konsumpcji, albo do dalszej odsprzedaży. Są statystyki i wykresy, na których można zobaczyć, jak rosła cena poszczególnych win. W ostatnich 15 latach wina z Bordeaux drożały między 6 a 15 proc. rocznie, a czasem nawet 20 proc. Ten biznes wygląda więc imponująco, zwłaszcza biorąc pod uwagę oprocentowanie lokat. Trzeba się oczywiście znać, jedne chateux dają większą gwarancję, że cena wina będzie rosła, a inne mniejszą albo wręcz są bardzo ryzykowne. Liczba producentów win markowych jest bardzo ograniczona. To maleńki ułamek całej produkcji win – zaznacza szef Domu Wina. Winiarnie z potencjałem Dwór Sieraków:Co roku Dom Wina organizuje we Dworze Sieraków pod Krakowem plenerowy salon degustacyjny – największą imprezę winiarską w południowej Polsce. 4 czerwca odbędzie się tu dziesiąta edycja Ogrodów Ulatowski Ubiegły rok był wyjątkowo udany dla inwestujących w wino. Indeks Liv-ex 100, odzwierciedlający notowania stu najczęściej poszukiwanych win na rynku wtórnym, wzrósł w 2021 r. o 23 proc. Liv-ex Fine Wine 1000, w którego portfelu znajduje się tysiąc win z całego świata, zyskał ponad 19 proc., a jego subindeksy: Bordeaux 500, Bordeaux Legends 40, Burgundy 150, Champagne 50, Rodan 100, Italy 100 i Rest of the World 60 – od 10,5 do 41,5 proc. Poszczególne roczniki drożały znacznie bardziej. Szampan Le Mesnil 2012 podrożał 80 proc., a burgund Domaine Armand Rousseau Chambertin z tego samego rocznika o 73,7 proc. O ponad 50 proc. wzrosła cena szampanów: Taittinger Comtes de Champagne 2006 i 2008, Cristal Rosé 2008, Krug 2000 i Salon, Le Mesnil 2002. W dziesiątce najlepszych win inwestycyjnych znalazły się też butelki Leflaive i Domaine Leroy. – Pandemia nie miała wpływu na ceny wina. Wprawdzie widzieliśmy zachwianie cen win z Bordeaux, ponieważ Chiny ograniczyły zakupy, ale to było chwilowe, Bordeaux drożeje nieustannie i wciąż wiedzie prym w zakupach inwestycyjnych. Dołącza Burgundia, ale tam produkcja ma inny charakter. W Burgundii jest wielu mniejszych producentów, którzy mają minimalne działki, produkcja jest więc trudniejsza. Do elity dołączają też inne kraje, np. Włochy z winami toskańskimi i piemonckimi oraz Stany Zjednoczone, bo tam jest ogromna koncentracja kapitału i naturalny rynek kupujących. Wina kalifornijskie osiągają gigantyczne kwoty, choć niekoniecznie są w obiegu światowym – tłumaczy Paweł Gąsiorek. Ważna alokacja Dla siebie i na prezent:Nasi klienci inwestują niemałe pieniądze, ale raczej pod kątem własnych potrzeb, nie myślą o dalszej odsprzedaży. Niemniej wolą kupić 60 butelek wina, które będzie drożeć, zamiast sześciu. Mają piwnice z winem i lubią mieć je dla siebie lub na prezenty biznesowe – mówi prezes Domu Ulatowski Dla koneserów zaskoczeniem może być wzrost cen słodkich win znanych producentów. – O słodkie wina z Château d’Yquem ludzie się biją, choć niekoniecznie o inne marki z Sauternes. Nie ma tak dużo tych win, ale do tej ligi dołączają ciągle nowe, bo przecież o Toskanii jeszcze niedawno nikt nie mówił. O szampanach też nikt nie wspominał. W Szampanii są jednak gigantyczne inwestycje, którymi zajmują się bardzo znaczące postacie – podkreśla prezes Domu Wina. Nie ukrywa, że jego firma jest w trakcie rozmów z marką Clarendelle należącą do Haut-Brion z Bordeaux, własnością księcia Roberta Luksemburskiego, château z wielkiej piątki. – To nie są bardzo drogie wina, raczej średnie, ale Robert Luksemburski bardzo poważnie je traktuje. W marketing są zaangażowane poważne pieniądze, wykupiony został wizerunek miss Francji, więc to pozycjonowanie się w bardzo luksusowym świecie. Haut-Brion ma gigantyczny kompleks restauracyjny w centrum Paryża. To też nasz świat – mówi Paweł Gąsiorek. Dom Wina sprowadza wina od 100 dostawców, w ofercie ma 600 etykiet. Są wśród nich wina tańsze i droższe, a nawet bardzo drogie. Strategicznym zadaniem firmy jest jednak działanie w świecie dóbr luksusowych. – Jesteśmy jedynym w Polsce sprzedawcą Domaine de la Romanée Conti, jednego z najdroższych win. Mamy tzw. alokację, czyli kupujemy wprost od producenta. Teraz jesteśmy w trakcie rozmów z Château Petrus, żeby dostać alokację bezpośrednią. Każdy może to wino kupować, bo jest na otwartym rynku, ale nie każdy może kupić z pierwszej ręki. Zajmowanie się światem win droższych to moje hobby – śmieje się Paweł Gąsiorek. Rocznik rocznikowi nierówny Dobry rok:2021 r. był wyjątkowo udany dla inwestujących w wino. Indeks Liv-ex 100, odzwierciedlający notowania stu najczęściej poszukiwanych win na rynku wtórnym, wzrósł w 2021 r. o 23 proc. Liv-ex Fine Wine 1000, w którego portfelu znajduje się tysiąc win z całego świata, zyskał ponad 19 prasowe Na pytanie, jakie wina warto kupować inwestycyjnie, odpowiada bez wahania – na pewno Domaine de la Romanée Conti. Dom Wina ma ponad 60 butelek z różnych apelacji, w tym trzy butelki alokacji pierwszej etykiety, a pierwszą etykietę sprzedawał w tym roku stałym klientom po 65 tys. zł za butelkę. – Ta sama butelka na międzynarodowych stronach internetowych ma cenę przynajmniej o 30 proc. wyższą. Ktoś, kto kupił u nas, mógłby więc od razu sprzedać z zyskiem. Mamy jednak umowę, że będziemy sprawdzali klientów pod tym kątem, bo winiarnia nie chce, żeby jej wina były przedmiotem spekulacji. Kupujemy też wina en primeur, czyli w przedsprzedaży. Za wino, które dostaniemy za rok, płacimy na przełomie kwietnia i maja. To ryzykowne, bo pieniądze są zamrożone przez rok, ale chcemy mieć pierwszą cenę, zwłaszcza że różnice są znaczące – rzędu 20-30 proc. – wyjaśnia Paweł Gąsiorek. Ekspert radzi też uważać na roczniki. Jego zdaniem np. Bordeaux 2017, które teraz jest w sprzedaży, nie należy do najlepszych, ale pięć lat temu oceniane było trochę w ciemno, a ocena nie jest łatwa, jeśli nie było zawirowań pogodowych. Wina bordoskie kupują tylko bezpośrednio zarejestrowani negocjanci, których jest około 200. Wszyscy inni kupują je z drugiej ręki. – Podstawą biznesu jest kupno w pierwszej cenie. Win sklasyfikowanych w 1855 r. jest ograniczona liczba. One są podzielone na różne cru. W większości przypadków im wyżej sklasyfikowane cru, tym cena wyższa, choć jest wiele wyjątków – np. Château Palmer, które jest trzecim cru, osiąga często cenę wyższą niż wina w drugim cru, bo od 1885 r. do teraz winnice ewoluowały w dobrym kierunku i osiągają bardzo dobre ceny – tłumaczy Paweł Gąsiorek. Są też wina, o których z góry wiadomo, że warto je kupować, np. Château Siran. – Château Siran to Margaux, ale nie sklasyfikowane. Kilkanaście lat temu amerykański oszust Rudy Kurniawan używał Château Siran do fałszowania win z Château Margaux. One są zbliżone jakością, bo inaczej fałszerstwo by się nie udało. A jak to odkryto, ceny Château Siran wzrosły. Wiadomo, że po latach te wina będą osiągały bardzo wysokie ceny – śmieje się prezes Domu Wina. Winiarnia jak pole golfowe Wymiar niematerialny:Inwestowanie w winnice to sposób lokowania nadwyżek finansowych w dobra, których wartość nie powinna spadać, lecz nie po to, by je sprzedać za jakiś czas. To pewnego rodzaju hobby, rodzaj podniesienia prestiżu – uważa Paweł Gąsiorek. Paweł Ulatowski W Polsce nastała moda nie tylko na wina, lecz także na winnice. Paweł Gąsiorek porównuje tę działalność do inwestowania w pola golfowe lub w pałace z dużymi parkami. – To sposób lokowania nadwyżek finansowych w dobra, których wartość nie powinna spadać, lecz nie po to, by je sprzedać za jakiś czas. To pewnego rodzaju hobby, rodzaj podniesienia prestiżu. Nie wykluczam, że zainwestowanie np. w fabrykę drutu jest lepszą inwestycją, przynajmniej w Polsce – śmieje się prezes Domu Wina. Na świecie może być inaczej. Po wejściu Hiszpanii do Unii Europejskiej wielu biznesmenów zaczęło inwestować w winnice, co było dla nich pozycjonowaniem się wokół dóbr luksusowych, możliwością pokazania swojego nazwiska w innym świetle. – Bardzo znany argentyński biznesmen posiadający rafinerie część swojego gigantycznego majątku inwestuje w winnice na całym świecie. Odnajduje w tym trochę satysfakcji i ma poczucie, że robi coś dobrego dla Ziemi. Sam jednak wina nie pije, podobnie jak innych alkoholi. Pytałem więc, dlaczego to robi. Odpowiedział, że jego podstawowy biznes jest bardzo brudny, a przyjemność daje mu inwestowanie w coś, co jest czyste. Wielu ludzi o znaczącej pozycji biznesowej z różnych powodów angażuje się w działalność, która niekoniecznie musi przynosić zyski. To dla nich trochę taki alternatywny świat – podsumowuje Paweł Gąsiorek. © ℗
Będziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostałoBędziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostałoJest weekend, sprawa oczywistaDziś wieczorem będzie lała się tu czystaMatma w małym palcu, więc weźmiemy sobie,Zamiast pół literka – 2 na głowęTo są dobra narodowe disco polo, klin, schaboweDalej wszyscy, w górę, sto lat z picia wódki mam doktoratPiękne panie biusty w górę, leje, leje się tu ciuremZ alko nie ma co żałować, kielon w górę, pijmy sto latBędziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostałoBędziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostałoCzysta rządzi dzisiaj na parkiecieJuż jesteśmy tutaj w komplecieSto lat, sto lat – jada wozy kolorowe,Jedna piata i ląduje gość pod stołemZawsze chwale to co swoje Disco-polo, klin, schabowePiękne panie długie nogi i panowie silni młodziPolska to kraj bardzo miły, wszyscy by tu z Tobą piliNie wymiękaj bracie miły, bo do rana tu walimyBędziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostałoBędziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostałoBędziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostałoBędziemy pić - to prosta sprawaJesteśmy w Polsce, a tu nie pić nie wypadaBędziemy pić, byle nie małoKrążą legendy, że kiedyś gdzieś zostało
W czasie upałów razem z potem tracimy znaczne ilości wody i elektrolitów. Aby nie dopuścić do odwodnienia, warto sięgnąć po szklankę wody z solą. Ten napój nie tylko skutecznie nawodni organizm, ale też pomoże oczyścić jelita oraz organizm z toksyn i zbędnych produktów przemiany materii. Picie wody z solą jest również naturalną metodą zwalczającą zaparć i wzdęć. Sprawdź, jakie jeszcze korzyści może przynieść picie wody z solą na treściWoda z solą – jak działa? Wypróbuj ten prosty przepis!Jakie właściwości ma sól himalajska?Przeciwwskazania do picia wody z solą Woda z solą – jak działa? Wypróbuj ten prosty przepis!Woda z solą skutecznie nawadnia organizm, wspomaga trawienie oraz oczyszczanie organizmu z toksyn. Wypita na czczo przed posiłkiem zmniejsza apetyt, co może wspomóc odchudzanie. Do jej przygotowania wystarczą tylko dwa składniki, czyli woda i sól. Nie każdemu jednak odpowiada smak wody z solą. Dlatego, aby go złagodzić, można dodać do napoju niewielką ilość soku z łyżeczka soli himalajskiej lub morskiej, 1 litr ciepłej wody. Jak przygotować napój z solą i jak go pić?Sól dokładnie rozpuścić w ciepłej wodzie. Pić po jednej szklance rano, na czczo, na pół godziny przed jedzeniem. Kurację oczyszczającą najlepiej stosować przez 1 tydzień lub doraźnie w przypadku problemów trawiennych czy zaparć. Po wypiciu napoju w ciągu pół godziny zwykle następuje wypróżnienie, które może się powtarzać kilkakrotnie w ciągu dnia. Z tego powodu najlepiej jest więc przebywać w miejscach z łatwym dostępem do czasie kuracji, zwłaszcza gdy stosowana jest podczas upałów, należy pamiętać o piciu dodatkowych, dużych ilości wody, co najmniej 2 litry dziennie, co pozwoli odpowiednio nawodnić organizm oraz ułatwi proces z solą nawadnia i pomaga oczyścić organizm! Sprawdź, jakie jeszcze korzyści daje picie słonej właściwości ma sól himalajska?Do przygotowania wody z solą najlepiej jest użyć soli himalajskiej lub morskiej. Sól kuchenna jest bowiem oczyszczana chemicznie i suszona w bardzo wysokiej temperaturze (nawet 650 stopni Celsjusza), co pozbawia ją wielu cennych właściwości. Sól himalajska natomiast jest nieprzetworzona i nieoczyszczona, chociaż tak jak sól kuchenna w ok. 97 proc. składa się z chlorku sodu (NaCl) oraz zawiera niewielkie ilości mikroelementów, w tym żelazo, które nadaje jej charakterystyczne różowe zabarwienie, a także sód, magnez, potas, cynk i wapń. Wodę z solą należy jednak stosować ostrożnie, ponieważ nadmiar soli w diecie jest szkodliwy i może prowadzić do zaburzeń pracy serca oraz nadciśnienia tętniczego, co może spowodować zawał serca czy udar mózgu. Dzienne spożycie soli według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia wynosi do 5 g, czyli 1 łyżeczka do do picia wody z soląPicie słonej wody na pusty żołądek może powodować nudności i wymioty. Woda z solą może także znacznie podwyższać poziom sodu w organizmie, dlatego nie powinny jej pić osoby, które na co dzień spożywają duże ilości słonych przekąsek, przetworzonych produktów takich jak wędliny czy sery lub gotowych dań typu fast-food. Zaburzenia gospodarki wodno-elektrolitowej mogą wywoływać objawy takie jak skurcze mięśni, osłabienie, drętwienie kończyn czy zaburzenia pracy sodu może prowadzić także do podwyższenia ciśnienia krwi, dlatego wody z solą nie powinny pić osoby chorujące na nadciśnienie tętnicze. Przeciwwskazaniem do spożywania słonej wody są również choroby nerek lub serca, a także ciąża oraz karmienie piersią. Wody z solą nie należy podawać również także:Domowy izotonik nawodni w czasie upałów! Zrobisz go w 5 minut z kilku składnikówWoda jęczmienna na trawienie i odchudzanie. Wypróbuj przepis na orzeźwiający napój Dodaj firmę Autopromocja Zadbaj o optymalne trawienieMateriały promocyjne partnera
Strona główna Empik Pasje. Magazyn online Aleksandra Zbroja - absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu od lat związana z „Wysokimi Obcasami” oraz „Dużym Formatem”. Wczoraj otrzymała nagrodę Odkrycie Empiku 2021 za książkę „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu”. To przejmująca, introspektywna historia o życiu i dojrzewaniu z ojcem alkoholikiem. Autor: Robert Szymczak Odkrycia Empiku to nagrody przyznawane przez jury. Odkrycie literackie wybierali: Marcin Meller, Dominika Słowik, Witold Szabłowski oraz, z ramienia Empiku, Joanna Marczuk oraz Marcin Maćkiewicz. Aleksandrze Zbroi przyznali nagrodę za: „poruszające i dojrzałe zmierzenie się z własną biografią; za uniwersalizm literacki odnaleziony w indywidualnych przeżyciach; za celny język, niosący w sobie siłę opowieści; za stawienie czoła naszym wspólnym „Mireczkom”. Marcin Meller, Witold Szabłowski, Gabi Drzewiecka, Marcin Prokop oraz Aleksandra Zbroja podczas wręczenia nagrody Odkrycie Empiku 2021. Fot. AKPA. Rozmowa z Aleksandrą Zbroją Robert Szymczak: Kiedy zaczęłaś nazywać swojego ojca „Mireczkiem”? Aleksandra Zbroja: Wydaje mi się, że od zawsze go tak nazywaliśmy w rodzinie. To było słowo zarezerwowane dla pijanego ojca - nie „Mirek”, nie „tata”, tylko właśnie „Mireczek”. Używaliśmy go z przekąsem, w zdaniach typu „Co ten Mireczek znowu nawywijał?”. Zawiera się w nim wiele różnych zdań opisujących nasz zawód tym człowiekiem. Ojciec, który nie jest ojcem, syn, który jest utrapieniem, sąsiad, który chcesz, żeby był jak najdalej. Na trzeźwo ten człowiek był „Mirkiem”, „tatą” czy „sąsiadem”. Przez to stawał się mniej straszny, mniej bolesny. W tym sensie ten „Mireczek” wpisuje się w długą tradycję fukania na tych wszystkich „Mietków” i „Cześków spod monopolowego”. Mówimy o nich w ten sposób, jakbyśmy za pomocą języka trochę im umniejszali. Być może to także jest jakaś forma społecznego odreagowania. Przecież te Mietki i Cześki też są czyimiś ojcami i synami. Myślę, że to niepozorne zdrobnienie zawiera w sobie bardzo dużo i sporo mówi o naszej ogólnej sytuacji. Podczas czytania „Mireczka” ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, jak mocno odsłaniasz się na tylu różnych poziomach. Skąd czerpałaś siłę, żeby skonfrontować się z tak trudnymi emocjami i wspomnieniami? Szczerze mówiąc, po prostu chciałam napisać ciekawą, wciągającą książkę. Być może przez to ukierunkowanie na cel nie było mi trudno się odsłonić. Mam naturę raczej ekshibicjonistyczną, może wyćwiczyłam ją jako pewną formę samoobrony. Nie wiem. „Mireczek” od początku nie był pomyślany jako dziennik autoterapeutyczny, bo to nie nadawałoby się do czytania. Patrzyłam na elementy życiorysu mojego i ojca jako na przejaw czegoś większego niż my sami, szukałam dla nas kontekstów społecznych, politycznych, medycznych. Nasza historia stanowi tu raczej punkt wyjścia do czegoś szerszego. Takie ustawienie tematu zdecydowania pomogło w odsłonięciu się, zdjęciu ciężaru z pleców. Patrzysz wtedy na siebie trochę z boku, jak na bohatera jakiejś innej powieści, którego losy trzeba spisać. Myślę też, że najważniejszą częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego się tak odsłoniłam, jest „Dlaczego nie?”. W tym moim odsłanianiu pojawił się element złości, że w ogóle jest co odsłaniać. Doświadczenie dorastania przez lata w domu z alkoholem bywa czymś niewypowiedzianym i banalizowanym, uznawanym za nieciekawe czy wstydliwe. A to, co nieopowiedziane łatwiej zepchnąć w kąt, zignorować jako problem społeczny. I może właśnie taki bunt czy raczej zawód napędzał moje pisanie. Wywodzisz się z reportażu, wcześniej napisałaś „A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi” z Agnieszką Pajączkowską. Czy doświadczenie reporterskie pomogło ci w tworzeniu książki tak silnie autobiograficznej? Reportaż pokazuje, że to co ciekawe, jest najbliżej nas. Chodzi o to, żeby z ciekawością oglądać rzeczywistość, w której jesteśmy zanurzeni – i to jest dokładnie case „Mireczka”. Nie mówię oczywiście, żeby przestać pisać książki z miejsc odległych czy osadzonych w dawnych czasach. Chodzi o przyjrzenie się rzeczom zdawałoby się opatrzonym i oswojonym. Dla mnie reportaż oznacza właśnie ciekawość tematami pozornie oczywistymi. Reportaż także uczy, by zawiesić swój osąd. Nie zajmować strony w opisywanej sprawie, ale pozwolić wybrzmieć różnym opiniom o niej. Oczywiście to, o czym mówię jest jakimś ideałem, bo autor zawsze w reportażu przemyca siebie, swoją opinie i uprzedzenia. Zawieszenie osądu można traktować jako projekt nie do zrealizowania, ale punkt, do którego mimo wszystko zawsze warto dążyć. Taki paradoks, który dla mnie stanowi sedno pisania. W „Mireczku” też starałam się wznieść ponad swoje uprzedzenia związane z ojcem – których oczywiście miałam dużo – i z ciekawością przyjrzeć się człowiekowi, który strasznie mi napsuł w życiu. Te uczucia wracają i nie da się tego ukryć, ale te moje emocje i moje porażki też są tematem książki. Aleksandra Zbroja odbierając nagrodę Odkrycie Empiku 2021 w kategorii literatura. Fot. AKPA. Jak mocno „Mireczek” był zaplanowany, gdy zaczynałaś nad nim pracować, a na ile powstawał pod wpływem rozmów z bliskimi i łączenia ze sobą kolejnych wspomnień? Przystępując do pracy miałam obmyślaną ogólną strukturę. Wiedziałam, że punktem zero będzie śmierć ojca, która otwiera książkę, a kończyć się będzie w momencie jego narodzin. Chciałam, żeby całość miała strukturę cofania się w czasie. Wiedziałam też, że będzie wpleciona w nią pseudodetektywistyczna opowieść o poszukiwaniu źródeł uzależnienia ojca i przyczyny jego śmierci. Mówię „pseudo”, ponieważ od początku wiadomo, że on umarł z przepicia, a źródeł uzależnienia nie da się znaleźć i konkretnie umiejscowić w biografii. Jednak chciałam pokazać wszystkie możliwe odpowiedzi na niemożliwe pytanie „Dlaczego?”. Co do rozmów z bliskimi, nie było zaskoczeń, może poza kilkoma drobnymi szczegółami. Najbardziej zaskoczyło mnie nie to, co ktoś mi opowiedział, ale co z tych historii zrozumiałam. Np. jaki ojciec był samotny. Do jego pokoju weszłam po raz pierwszy już po śmierci i zaczęłam tam szperać. W książeczce z adresami, która leżała na stole znalazłam cztery numery telefonu, w tym jeden do mnie. I ja byłam tam zapisana nie jako „córka”, tylko „Ola Zbroja”. Strasznie mi się go wtedy żal zrobiło. Aleksandra Zbroja. fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta A co czułaś, gdy skończyłaś pisać i postawiłaś już tę przysłowiową ostatnią kropkę? Nie miałam jakichś spektakularnych odczuć po zakończeniu. Na początku czułam radość, że już koniec. Potem zmęczenie, że to jednak nie koniec, bo muszę jeszcze wszystko zredagować. W końcu pisanie książki to zawsze jest proces, niekończące się dłubanie. A na koniec strach, że ludziom się nie spodoba. Nie wiem, czy czułam więcej emocji niż przy innych tekstach, ja naprawdę trochę się odcięłam od tej historii. Miałam obawy, że ludzie są już zmęczeni biografistyką, bo ostatnio dużo wychodzi autobiograficznych powieści. Na szczęście znalazła się grupa osób, które nie jest zmęczona i „Mireczka” przeczytała. Wspominasz w książce swoje obawy o reakcje ze strony rodziny na „Mireczka”. Jakie były ich odczucia? Nie było żadnych fajerwerków, ani super pozytywnych, ani super negatywnych. Oni obserwowali po cichu, kibicowali, chyba uznali, że to jest potrzebne, żeby pewne rzeczy wiedzieć. Nikt nie zadzwonił z pretensjami i to też uznaję za sukces. W „Mireczku” ważnym tematem jest stale powracająca nadzieja w relacji z osobą uzależnioną. Słyszymy, że zaczyna kolejny nowy rozdział w życiu, tym razem wszystko będzie dobrze, ale okazuje się że nie jest. Czy twoim zdaniem taką nadzieję powinno się w pewnym momencie porzucić? Kiedy uznać, że to manipulacja? Uzależniony albo uzależniona obiecuje ci złote góry, często zresztą sam w to wierzy, ma szczere chęci poprawy, wszyscy się cieszą, a potem następuje zderzenie z rzeczywistością. Pewnie z roku na rok coraz bardziej spektakularne, chociaż wszyscy powinni je przewidzieć nauczeni doświadczeniem, ale tego nie robią. Z resztą te same mechanizmy trzymają kobiety przy facetach, którzy są agresywni. To podsycanie nadziei jest kluczem do utrzymania związku. W rodzinie biologicznej jest o tyle inaczej, że kulturowo przywykliśmy myśleć o niej jako o takim nierozerwalnym powiązaniu na całe życie. Uzależniony może sobie myśleć, że ten ojciec, ta matka i to dziecko pewnie i tak przy mnie zostaną. Chociaż nie zawsze tak się dzieje i to jest wspaniałe. „Mireczek” to z jednej strony maksymalnie osobista historia, a z drugiej wpisuje się w szerszą narrację. Piszesz o „Polsce pijącej”, zwracasz uwagę na to, ile osób zetknęło się z problemem alkoholizmu. Myślisz, że jest szansa, że kiedyś wyjdziemy z tej narodowej tradycji picia? Ja myślę, że to nie jest narodowa tradycja, ale ludzka – przyzwolenie na picie jest też silne w innych kulturach. Powiedziałabym szerzej, że to jest tradycja uznawania alkoholu za coś sympatycznego i fajnego, coś, czemu nie trzeba się uważniej przyglądać. I myślę że nie, nie wyjdziemy z tego. Rzadko mówi się o alkoholu w kategorii ryzyka. W dyskursie publicznym straszydłem nie jest wódka, ale 1,5 g marihuany. Narkotyki przerażają– samo słowo jest już silnie nacechowane, chociaż nie do końca wiadomo, czym jest ten „narkotyk”. Alkohol już w tym zestawieniu nie jest taki niepokojący. A zważywszy na to, że pijemy jako naród coraz więcej, bo takie są niestety statystyki, to szkoda. Wydaje mi się, że takie refleksyjne spojrzenie byłoby kluczem, żeby to picie trochę opanować. Aleksandra Zbroja. fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta Jesteś historyczką sztuki, w związku z tym muszę o to zapytać – czy wkurza cię romantyzowanie alkoholu w kulturze? Muszę przyznać, że tak. Ono czasami jest bardzo subtelne, podszyte patosem, trudno je zauważyć. Denerwuje mnie przedstawienie uzależnienia jako filozoficznego uwikłania w świat. Skutek uboczny kontemplacji tego świata i jego kondycji. Uznaje ją za trudną, więc zapijam. Na tej zasadzie pili ważni i lubiani. Zarówno w filmie, jak i w literaturze popularne są figury pijanego zakochanego, pijanego nieszczęśnika, który w kieliszku topi swój ból. Oczywiście niby wiadomo, że upijanie się to marna metoda terapeutyczna, ale jednak ten kod kulturowy pracuje w nas. I na tego typu kody kulturowe warto by spojrzeć krytycznie. Nieznośny dla mnie film „Zostawić Las Vegas” ustawia picie jako coś ekstatycznego, alkohol uwiarygadnia cierpienie tego faceta. Wkurza mnie też strasznie figura pijanego geniusza, którego picie jest zasilane smutkiem, jakimś takim weltschmerzem. Alkohol jako atrybut geniuszu jest dla mnie nie do zniesienia. Mam poczucie, że po „Mireczka” mogą sięgnąć czytelnicy, którzy sami znajdują się w podobnych relacjach z osobami uzależnionymi. Czy z perspektywy czasu masz jakieś rady lub przemyślenia dla osób tkwiących w takich sytuacjach? Nie mam rad, bo każda sytuacja jest wyjątkowa, unikatowa i skomplikowana. Mogę ci powiedzieć, co bym powiedziała młodszej sobie - dorastanie w pijanym domu nie musi determinować moich losów. Ja nie zmienię tego, jak zachowują się moi rodzice, ale mogę przejąć kontrolę nad swoim życiem. Pierwszym krokiem może być opowiedzenie tej historii, szukanie pomocy. Warto zrobić taki eksperyment myślowy, żeby spojrzeć na przeszłość jako na zasób. Ja myślę teraz tak: fakt, że wystawiono mnie na tyle trudnych bodźców w życiu, że byłam w tylu trudnych sytuacjach i je przeżyłam, to jest coś, z czego mogę twórczo czerpać. Pozwolił mi np. wyrobić w sobie czujność na krzywdę. Powiedziałabym sobie też, że okej jest być złą. Albo wściekłą. Albo nawet wkurwioną. Akceptacja tej złości, mówienie o niej i w końcu puszczenie tych stanów, jest ważne. One mają taką właściwość, że to ciebie pogryzą, a nie osoby, których wspomnienia cię psychicznie dręczą. Mój ojciec nie żyje. Moja złość nie dotknie jego, dotknie mnie. I chyba najważniejsze – tego sama nie odczułam, ale przewija się w listach, które czasami dostaję – cudze picie to nie jest nasz powód do wstydu. Nie można dać się zapętlić w takie myślenie. Ich picie to nie jest twój wstyd. Więcej wywiadów znajdziesz na Empik Pasje. Zdjęcia w artykule: Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta. Materiały promocyjne wydawnictwa Agora. Polecane artykuły Powiązane produkty Powiązane artykuły
Pochodzi z ponad 50 studni głębinowych w Koszalinie i Mostowie. Nawet nie jest chlorowana, bo nie musi. Firma wodociągowa prowadzi kampanię „Koszalin pije wodę z kranu”, w której zachęca mieszkańców do picia wody bezpośrednio z kranu, bo jest zdrowa i smaczna, a poza tym nie zaśmieca to krajobrazu plastikowymi butelkami. A nawet odwrotnie: podobno turyści zabierają koszalińską wodę w butelkach do w prawo, żeby czytać dalej >>>>archiwum Czy można pić wodę bezpośrednio z kranu? Czy kranówka jest zdrowa? Odpowiedzi na te oraz inne pytania znajdziecie w tym artykule. Zobacz, jak jest w różnych miastach i upewnij się, czy w ogóle picie surowej kranówki jest zdrowe. Sprawdź, gdzie jest najlepsza w Polsce i na świecie oraz czy woda z kranu dorównuje mineralnej ze zgrzewek, stołowej i tylko Polacy w średnim wieku pamiętają, jak woda z kranu śmierdziała chlorem, zabijając smak i zapach herbaty. Po domach krążyli samozwańczy eksperci, słono oferując przeróżne filtry. W Warszawie na początku lat 90. poszczególne dzielnice rozpoczęły nawet budowę studzienek bezpłatnej wody niezależnej od ogólnej sieci; jest ich kilkaset i funkcjonują do dziś. Zarazem jednak olbrzymie pieniądze inwestowano w nowoczesne uzdatnianie wody i po latach w stolicy można pić wodę prosto z kranu – bez czekania, aż utraci woń, opadnie osad i bez gotowania. Ale na przykład dwa lata temu wybuchła wrzawa wokół woni chloru z kranówki wrocławskiej. Jak więc jest z tą wodą? Woda stanowi środowisko wszystkich twoich procesów życiowych, wręcz składasz się w 50-60 proc. z wody, a w sensie doznaniowym po prostu i aż po prostu gasi ona twoje pragnienie. Ale jaką wodę pić? Sprawdź, czy również tę najłatwiej dostępną i najtańszą, czyli z woda kranowa w Polsce jest najlepsza. Kliknij w galerię i ofertyMateriały promocyjne partnera
Jesteśmy strasznie uzależnionym narodem - mówi Jakub Żulczyk. - Jeszcze pijąc, wyobrażałem sobie, że w Polsce nie da się nie pić - dodaje Juliusz Strachota. W podcaście "Co ćpać po odwyku" obaj - trzeźwi, po terapii - przekonują, że się da. Jakub Żulczyk – pisarz, autor powieści "Zrób mi jakąś krzywdę", "Instytut", "Radio Armageddon", "Ślepnąc od świateł", "Wzgórze psów", scenarzysta serialu "Belfer". Uzależniony od alkoholu, nie pije od 6 Strachota – Pisarz, autor zbiorów opowiadań "Oprócz marzeń warto mieć papierosy" i "Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego" oraz powieści "Zakłady nowego człowieka" i "Relaks amerykański". Uzależniony od leków, narkotyków i alkoholu. Trzeźwy od 8 lat.**Podcast "Co ćpać po odwyku?" – Żulczyk i Strachota mówią o sobie, że są dwoma typami, którzy gadają o tym, jak dobrze żyć, nawet jeśli ma się za sobą trudną – narkotykową i alkoholową – przeszłość. W dwóch seriach nagranych dla Storytel opowiadają, jak wpadli w nałogi i jak z nich wyszli. Karolina Błaszkiewicz: Mój dziadek pił, babcia to znosiła. A była największą twardzielką, jaką Żulczyk: Nadzieja jest w zmianach pokoleniowych. Młodsi ludzie mają więcej świadomości. Twój dziadek wychowywał się w czasach, kiedy nie było żadnego leczenia alkoholików w jest. Pamiętacie pierwszy dzień na odwyku?Jakub: Ja nie byłem na zamkniętym odwyku. Poszedłem na terapię dochodzącą. Pamiętam pierwszy dzień leczenia, nie piłem od jakichś 48 godzin. Najpierw poszedłem do psychiatry, który dał mi leki uspokajające. A potem poszedłem do kina na, nomen omen, "Pod Mocnym Aniołem". Jest tam scena, jak Więckiewicz włącza sobie jakąś muzykę, chodzi po pokoju, pije i gada do siebie. Patrzyłem na Więckiewicza i myślałem: "Kurwa, ja rzeczywiście przez ostatnie lata robię dokładnie to samo". Wiedziałem, że mam problem, powiedziały mi to w twarz najbliższe osoby. Ale początek tego filmu - nie wszystkie późniejsze patologie w nim pokazane, tylko ta jedna, niewinna scena - coś mi bardzo wyraźnie udowodniła. To jest moje bardzo wyraźne wspomnienie z tego pierwszego ciebie na odwyk zawiozła Strachota: Mama mnie uratowała. Widziała moje problemy bardzo wcześnie i sama zaczęła korzystać z pomocy terapeutów. I chociaż strasznie się przeze mnie przez lata wycierpiała i bardzo się to na niej odbiło, to była w pewien sposób przygotowana. I po iluś nieudanych próbach udało jej się do tego pamiętajmy o tym, że nikt nie ma prawa od naszych bliskich wymagać tego, żeby ratowali tak chore, zaburzone osoby. Nie muszą mieć siły, kompetencji. A tę siłę próbują odnaleźć w sobie, a często nie są w stanie. Można wystawić kogoś za drzwi i powiedzieć: "masz nie wracać" - i następnego dnia nie wiesz, co ze sobą zrobić, boisz się o niego. Są takie modele działania, jak interwencja, gdy zbiera się cała rodzina alkoholika, i z pomocą terapeuty albo kogoś z AA "potrząsają" nim. Przełamują iluzje, które alkoholik ma w głowie. To jest nieprzyjemne dla wszystkich i wymaga ogromnej do dzisiaj nie rozumiem swojego schorzenia i nigdy do końca go nie zrozumiem. Najpierw zjawiłem się na detoksie na Sobieskiego. Siedziałem tam dwa miesiące i doszedłem do takiego stanu, kiedy nie było we mnie żadnej substancji. Zacząłem w sierpniu, a w październiku wyszedłem. Koniec lata przeżyłem za kratami. Na terenie szpitala na Sobieskiego jest też Ośrodek Terapii Uzależnień. I udało się mi się z detoksu przejść tam na terapię wstępną. Pamiętam, że czułem się jak u siebie, bezpiecznie, tak naprawdę chciałem tam jak najdłużej zostać. Łącznie spędziłem na Sobieskiego prawie pół roku. To był czas intensywnej szkoły, pierwszego zderzenia się ze sobą i nadziei. Później było trochę trudniej, gdy znalazłem się za murem. Powrócił świat, w którym było bardzo dużo czarnych dziur i wróciły lęki. Natomiast do dzisiaj bardzo dobrze czuję się w szpitalu psychiatrycznym. Nie jest miły ani czysty, ani specjalnie zachęcający. Ale to miejsce, w którym zaczęło się moje naprawianie i to jest bardzo potrzebna było zamknięcie z własnej woli. A jak znieśliście zamknięcie przymusowe?Juliusz: Na początku trudno było mi się odnaleźć, bo ja regularnie chodzę na mityngi. I przestałem na nie chodzić, a trochę trwało, zanim się zorientowałem, że są spotkania w sieci. Lockdown na pewno miał na mnie duży wpływ. Pojawiały się napięcia, które nie miały żadnego ujścia. Z drugiej strony, ja też czuję się w miarę dobrze przygotowany – tak długo przerabiam samego siebie, że tak strasznie źle tego nie zniosłem. Były momenty, w których nie czułem się najlepiej. I na pewno ta sytuacja covidowa to spotęgowała. Pewnie jeszcze takie będą. Natomiast jest dużo osób, które miały o wiele trudniej i potrzebowały wsparcia non stop, ale nagle je straciły. Myślę, że live'y Kuby na początku lockdownu dały tu bardzo pozytywny Energię z tych live'ów – relacji na żywo - przeniosłem na nasz podcast. Pomysł na niego mieliśmy wcześniej, ale to te audycje na żywo przekręciły kluczyk w stacyjce. A co do zamknięcia… Po sześciu latach trzeźwienia nauczyłem się bycia samemu i - jeszcze nie perfekcyjnie - odnajdywania w sobie spokoju. 70 – 80 proc. mojej pracy to bycie w domu, przyzwyczaiłem się, więc lockdown nie wywrócił mi życia do góry nogami. To była po prostu moja codzienność, tylko trochę "bardziej". Wspólnie doszliśmy do wniosku, że nasz podcast udał się także dzięki Zabieraliśmy się za niego dość długo. Nie mieliśmy motywacji. Na początku pandemii trochę żałowałem, że nie zaczęliśmy robić tego wcześniej, bo już wszyscy na to wpadli, bo wszyscy siedzą w domach. A jednak się udało. Ludzie do was piszą?Juliusz: Sporo dostaję wiadomości, Kuba pewnie też. Często są bardzo fajne: że to ludziom nie tylko podchodzi, ale po prostu pomaga. Czasami przychodzą pytania, co zrobić z bliskim uzależnionym. Ja zawsze odpowiadam to samo: iść do terapeuty. Jest to często dla bliskich osoby uzależnionej duży problem, pojawia się myślenie: "dlaczego ja mam iść do terapeuty, skoro to on ma problem, nie ja". A ten terapeuta powie ci, co masz w tej sytuacji robić i pokaże, jak alkoholik czy alkoholiczka w to wszystko cię wciąga, jak ty jesteś od tej sytuacji uzależniony/ To bardzo delikatna materia – z reguły, dopóki alkoholik nie osiągnie swojego momentu poddania się, reaguje straszną agresją. Moment zrozumienia, że musi się leczyć, jest bardzo To też wymaga spojrzenia na siebie samego, ale warto się przełamać i iść do przychodni z NFZ-u. Ale ja nie czuję się kompetentny, bo sam jestem tym gagatkiem – ja tego nie przeżyłem. Wiem za to, jak ludzie mieli ze mną ciężko. Mam takie poczucie – my mamy obowiązek to robić. Bo dostaliśmy sporo na tej trudnej, momentami wyboistej drodze. Robimy to też z ogromnej wdzięczności dla terapeutów, dla ludzi, którzy nam Mój znajomy ładnie nazwał to wrażliwym narcyzmem. To, co robimy jest służebne, to jest dla ludzi, to jakaś forma pomocy. Ja nie myślę za bardzo o jakiejś gratyfikacji, bo swoją gratyfikację już mam. Robimy ten podcast komercyjnie i nie ma co tego ukrywać. Natomiast cieszę się, że mogę coś ludziom dać. Wiadomości są fajne i miłe, ale staram się za bardzo tym też nie że słuchają nas nie tylko alkoholicy, ale i ludzie, którzy lubią podcasty. Lubią zdobywać pogłębioną wiedzę. Od nas dostają bardziej osobistą opowieść dwóch przyjaciół na temat zagadnienia, które jest wokół nich kompletnie przekłamane, obudowane groźnymi mitami i stereotypami. Ten podcast popularyzuje jakąś wiedzę. My ją zdobyliśmy na terapiach. Te terapie – oprócz tego, że nas powyciągały z różnego gówna, które mieliśmy w głowie, były pewnego rodzaju szkołami. Terapia była dla mnie jak szkoła, którą ukończyłem. Julek dostał na koniec jest nie pić w Polsce?Juliusz: Nigdy nie miałem takiego poczucia. Jeszcze pijąc wyobrażałem sobie, że w Polsce nie da się nie pić. Terapia polega na tym, że te wszystkie myśli i przekonania się odkręca. Ale wcześniej tego nie widziałem – rzeczywiście patrzyłem na świat tak, jakby wszyscy w nim pili. Miałem jednak na tyle duże samozaparcie, że od tego wypełnionego alkoholem świata się odciąłem. Przestałem w nim funkcjonować i przestałam zadawać się z wieloma ludźmi, z którymi piłem wcześniej. Ale jest to oczywiście trudne, bo jednak mam pijących przyjaciół – oni jednak przy mnie nie piją. Jakub: Picie a Polska to jest w ogóle oddzielny temat. Jesteśmy strasznie uzależnionym narodem. I nie chcę tu siać teorii spiskowych, ale komuś chyba zależy, żeby Polacy pili. Sklepy alkoholowe są wszędzie. Do tego wciąż bardzo niska świadomość społeczna na temat choroby alkoholowej i jej zerojedynkowy Do pewnego momentu alkoholizm jest wręcz witany z szeroko otwartymi ramionami i traktowany jako element rozrywkowego trybu życia. Ktoś ma kaca, krótkie ciągi, nie zrobił czegoś w pracy, bo wczoraj się najebał. Taki alkoholizm jest tolerowany, chwalony i w liceum dolewali mi wódkę do herbaty…Jakub: Tymczasem choroba alkoholowa ma cztery fazy. I w powszechnym społecznym odbiorze do początku tej czwartej, ostatniej fazy to nie jest żaden problem ani choroba. Dopiero kiedy chory wkracza w ostatnią fazę, czyli ma deliria, zaniki pamięci, traci kontrolę nad sobą i swoim życiem, to zostaje trędowatym. Społeczeństwo kompletnie się od niego odwraca. U nas w Polsce taka wspólnotowość społeczna jest bardzo upośledzona, smar społecznego zaufania w ogóle nie istnieje – alkoholik jest zawsze sam sobie winny i jest kimś, kogo trzeba z tej społeczności jak najszybciej wykluczyć, pozbyć się go. I to jest chore nie jest sam sobie winien?Juliusz: Z punktu widzenia towarzystwa, z którym się pije, to wszystko jedno czy ty jesteś alkoholikiem, czy nie. Dopóki nie psujesz imprezy, to jest Wszystko jest super, dopóki nie psujesz nam imprezy, dopóki nie zesrasz się w spodnie. Jak się zesrasz, to przypominasz nam o tej ciemnej stronie jest bardzo, bardzo niebezpieczną używką, dużo bardziej niż wiele nielegalnych narkotyków. Mi jest łatwo, bo ja żyję w świadomości swojej choroby. Nie mam problemu się do niej przyznać. Nie mam w sobie wstydu bycia alkoholikiem. Ja ten wstyd już w sobie przerobiłem. Natomiast jeśli miałbym żyć – jak wielu ludzi – w wyparciu choroby, to życie w takim wstydzie byłoby potwornie ciężkie Z punktu widzenia najbliższych wygląda to trochę inaczej. Ale nikt nie wie, jak takiemu alkoholikowi pomóc. Ludzie nie mają świadomości, próbują ratować go za wszelką cenę, a tak naprawdę wciągają siebie coraz głębiej w tę alkoholową matnię, bo alkoholik nigdy nie jest w próżni. On może się świetnie bawić ze swoim pijącym towarzystwem, ale rodzina cały czas cierpi i też się wstydzi, bo woli ukrywać to przed światem. I mijają lata związków, wszyscy są chorzy, dzieci poranione i później kwalifikują się do najtrudniejszych terapii [DDA]. Moim marzeniem jest, żeby ludzie jak najszybciej szli się leczyć. Idealna sytuacja, wręcz utopijna. W Polsce pokutuje też takie myślenie, że trzeba dotrzeć do tej ostatniej fazy, żeby coś mogło zacząć ostatnie lata miałem do czynienia z wieloma alkoholikami. Przychodzili do mnie, dostawali wszystko na tacy, a potem robili coś dokładnie odwrotnego. Tak to działa. W ostatniej chwili chcesz ulgi – albo coś wciągniesz, napijesz się albo już w drzwiach szpitala psychiatrycznego coś w podcaście podajemy z Kubą sporo informacji praktycznych, trochę nadziei i własnego doświadczenia. To jest to, co możemy zrobić, a jeżeli ludziom coś tam potem zaświta, nawet jeśli nie dziś, ale na przykład za rok, to jest paradoks całej tej choroby: trudno złapać moment graniczny, w którym należałoby się leczyć. Ostatnią osobą, która mogłaby to zrobić, jest sam uzależniony człowiek. Prędzej widzi to żona, mąż, ktoś w pracy - że cały czas przychodzisz na kacu. Ja sam robiłem wszystko, żeby tego nie widzieć przez 20 lat, chociaż inni widzieli dużo InstagramPamiętam z dzieciństwa izbę wytrzeźwień. Słyszałam, że babcia jedzie tam po dziadka albo że dziadek Izba wytrzeźwień nie jest żadnym leczeniem, jest penalizacją, to taki chwilowy psychiatryk. Pełni funkcję, którą kiedyś pełniły szpitale psychiatryczne. To nie jest miejsce leczenia, ale odizolowania, przypomina Jest miejscem o liście osób, które trzeba przeprosić za to, co się zrobiło w trakcie picia. Są takie, które wam nie wybaczyły?Juliusz: Są osoby, które usiłowałem dosyć nieporadnie na początku mojej drogi przeprosić – raz, drugi i one na te przeprosiny nie zareagowały. Nie uważam jednak, że trzeba wszystko posprzątać, więc w pewnym momencie odpuściłem. Wiedziałem, że spotkania z niektórymi ludźmi dla mnie samego nie byłyby dobre. Najważniejsze sprawy załatwiłem, ale po prostu nie da się zadośćuczynić części krzywd, jak się komuś przez wiele lat niszczyło życie… Nie mam czystej listy i jestem tego świadomy, ale nie czuję się też z tego powodu Ja nie miałem za dużo tego przepraszania. I myślę, że trzeba z tym uważać, bo to jest mechanizm masowania ego, mechanizm, w którym to ja przede wszystkim sobie robię dobrze. Jakaś osoba może wcale nie chcieć mnie widzieć. Trzeba zaakceptować, że pewnych rzeczy się nie naprawi, że pewne sprawy spieprzyło się Moim zdaniem można wpaść w… nałóg. Pójście do kogoś, przełamanie pewnych barier, przeproszenie i zaproponowanie zadośćuczynienia robi nam dobrze. Tak jak mówi Kuba, można wrócić z tych zaświatów i zacząć się objawiać komuś nie wiadomo po przy kobietach jesteśmy - czy da się stworzyć relację będąc uzależnionym?Juliusz: Często takie związki się rozpadają, ale ja nie mam takiego doświadczenia, bo moja żona nigdy mnie nie widziała pijanego. Budowałem z nią relację od zera, na trzeźwo. Jeżeli jedna strona zaczyna się leczyć, a druga jest w zupełnie innym punkcie, to związek zaczyna się rozjeżdżać. Ale wiem, że takie relacje mogą się udać. Tak naprawdę dwie strony potrzebują terapii, a ludzie nadal czują opór przed pójściem na nią, bo myślą, że to nie im coś rodzicielstwo przeraża alkoholika?Juliusz: Ja się strasznie tego bałem. Nie mówiłem o tym, ale miałem opór przed byciem ojcem. Obawiałem się, że zaburzy mi to wypracowany schemat trzeźwieniowego spokoju i odbierze kontrolę nad życiem. Myślałem, że pojawi się ten nowy człowiek i przestanę dobrze spać, wszystko mi się rozsypie. I jak się pojawił, to się rzeczywiście rozsypało, ale nie to, o co się córka ma 5 miesięcy i to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, ale widzę, że wszystkie moje strachy były bezpodstawne. Oczywiście jest duża szansa, że ja się nie sprawdzę jako ojciec. Ja swoim niepiciem zajmuję się w skali najbliższych 24 godzin, tak samo jak ojcostwem. Staram się więc nie przerażać za bardzo i nie zastanawiać się nad tym, co się stanie, jak moja córka będzie miała 15 lat. Na razie jest tak, że po raz pierwszy mam takie poczucie, że przestaję się zajmować sobą, a bardziej innym człowiekiem. Wcześniej czegoś takiego nie Ja nie mam dzieci biologicznych, ale mam niebiologiczną córkę. I wydaje mi, się że jestem całkiem nieźle do tego uzbrojony. Nie patrzę na tę relację przez pryzmat mojej choroby czy moich doświadczeń. Są ważniejsze sprawy w tej codzienności, niż to, żeby się tym mi się, że gdybym miał mieć swoje dziecko i wychowywać je tak od zera, to jestem do tego całkiem nieźle przygotowany. A kwestie typu, że nie będę dobrze spał, są drugorzędne. Myślę, że byłbym w stanie sprowadzić na ten świat i ogarnąć w miarę zdrowego człowieka. Z drugiej strony, każdemu rodzicowi tak się wydaje, a potem są kolejki do lekarzy psychiatrów. Wychowywanie dziecka to jest totalnie trudna impreza, obarczona ryzykiem i bez choroby na pewno się cieszę, że nie zostałem ojcem w momencie, gdy miałem czynną chorobę, czyli przed 30. rokiem życia. Poza wszystkim, ja byłem wtedy strasznie dziecinny, wręcz cofnięty w rozwoju. Nic dobrego by z tego nie Storytel
jesteśmy w polsce tu nie pić nie wypada