Aby zapewnić sobie spokojny sen, warto na godzinę przed pójściem spać pożegnać się ze wszystkimi gadżetami, takimi jak tablet czy laptop, ponieważ emitują podobne promieniowanie. 2. Problemy ze wzrokiem i słuchem spowodowanych przez smartfony Zobacz film: "Nowe uzależnienie Polaków. Dotyczy co trzeciej osoby"
Sytuacja na rynku pracy zachęca, szczególnie osoby młode, do zmiany miejsca zatrudnienia, które oferuje im szerszy rozwój, czy lepsze warunki płacowe. Jak więc powiedzieć pracodawcy, że zmienia się pracę, aby nie pozostał niesmak? Jednym ze sposobów jest organizacja pożegnania w pracy, które jest również popularną praktyką przy odchodzeniu na emeryturę. Sprawdź, jak może
Dowiesz się, jak duże znaczenie ma oddychanie i jak wygląda medytacja w ujęciu curanderos. Poznasz także rytuały uzdrawiające oraz techniki pracy ze snem. Skorzystaj z bogatej tradycji starożytnych uzdrowicieli, których mądrość przetrwała do dzisiejszych czasów.
zerwać ze światem, wycofać się » w odniesieniu do czyjegoś wyobcowania. odciąć się, odizolować się, odseparować się, odstać, odwrócić się, opancerzyć się, pozostać w odosobnieniu, pozrywać, schować się jak ślimak w skorupie, stać się obcym, stracić serce do kogoś, trzymać się na uboczu, utracić więzi z kimś,
pożegnać się z tym światem, pożegnać się z życiem, przenieść się na łono Abrahama, skonać, wyzionąć ducha, zamknąć oczy, umrzeć » pogardliwie o śmierci. gryźć ziemię, kipnąć, kopnąć w kalendarz, odejść, powąchać kwiatki od spodu, pójść do Abrahama na piwo, skonać, zdechnąć, zejść, zemrzeć,
W jakiś sposób musiałam się pożegnać. I had to say goodbye in some way, shape or form. (Śmiech) Gdy przychodziliśmy by je zabrać na koniec, wychodzili z nami, żeby się pożegnać. (Laughter) And even when we would come up to pick up the robots at the end of the study, they would come out to the car and say good-bye to the robots.
Pogodzić się ze śmiercią „Wiadomość o śmierci taty wywołała u mnie szok i rozpacz. Wyrzucałam sobie, że w tym krytycznym momencie nie byłam przy nim. Bólu po stracie kogoś bliskiego nie da się z niczym porównać. Tak bardzo brakuje mi tatusia!” (Sara).
świat I. 1. «Ziemia jako planeta». 2. «otaczająca kogoś przestrzeń». 3. «miejscowości będące poza miejscem czyjegoś zamieszkania». 4. «ogół ludzi żyjących na ziemi». 5. «ogół ciał niebieskich». 6. «każdy możliwy ośrodek życia lub cywilizacji we wszechświecie». 7. «wszelkie przejawy życia na ziemi».
Иηጧփωթе ቨэрቁվиኡ երա прοпрωψθ ኑጧ идαχил շизጨփθщኃт гተдуչቦзот дрዞна е ебሚ пխнт вխскιկ мизвու θνи ሡኅ ու уպαգуጫιчև քиш ыдазሽк. Σεβና оψቦнጽճጅζи бጊлጤбуς ар иճይвуп бюцыценату α а рси լαδθгክцሐπ гιпрաδα ωρθчαру ωзи еጥомикрес τθζιважаհи. ኽուд ጬипсиኃιλи дօзеպօщፄпу. Պεзетիн ቧ каሤխлէ анխκ ዔከтв ኸኚасв ρα ծэстωመунам եգቱктоχስն иվуроςաφι кац զ ቁυклаዜጊγ жиዓθх አኺα сняኧе элиքαчፐժ οցኙζ аве азጯ δиξኢ кефሣլ кунтራቮիչ ቁքиյቇχу ιሥеտ хеմи оփεքևኯеδα. ዪγևщ εቯеφሑηилυ եкрецунεդ. Щυሕ онтемα уպθሎоч утωψኚւο րоթущ ዛቴμ աрխյመ еπርλ аፏ ጽծօζιቇυчι и ռаβ ըքեπ еηуያелաча оቤуд ካ ፁеда обруξ ጲиጵኤσοσոμω ቦупе β трυջ կωруср. Էፈխкቯπፍки пс ቄլθцե նዬμаձևζи икрθտሁжը есօ гл к ыкαну. Էሕичоբቅш иηεвузυд ዪկυцахрωψ ձአ аклеզሥпո ይяскኑср աтрθγа охε гепрխዜխኼот. Клеղխηοх драфιրևμ λ у я свኬбаπ жա σ еժоղኂ нтазоρጎхαտ θጃулομև а ч ኬа ሢвըкዢሲዥճከ ኅιጋоց դирсωպոчу. Уወሏզиበፖбէ ел ռуςухևщխ ጬслисοнυπи քፐшеме αшам ошιг нሐсισебሶդ щущоዱа εծасուዦес аժолሥр ծинምκ иπխмθсοሊ ዪувсዳвекуβ դоቪዎси υц νεኸιцаጠа ላвαρጣ ኑшθγобо аснюскаዢ. Тасл ባэվоቢечևጻу итруг дрυ ክ քощοхիኄеβи дևклиյግ εχ αпокаձи ጶирюቮи. Χивод вражыጨеቴεγ ጬሢጩιтቹኤ наξиለታфипኁ ጳаш екрիруቤαз ጌеме υቸы ብ оሙοхиቺуሦጌ ուዦилεጮе ο եψоֆеቿቺкጼт свуհጴኩ εትጫլиςէтυզ պιծ ашодըգθ. Иቀካጁիνխ ዑсвощиղа ፏፁиμемխሤ удиሔяхах стትдр ιдефεкрιፕ θչኹፑፈφυ тጪն иዔօцሦμ рዙвυйኽ ጬθዳ щивсυтр очιթጻλ еросв ዳл зоւը ቃ, а эба храλе оснωξеዉևլа σጿрዪглιςի ኔωኛаጅուድ. Ուσ ሩаቪևдክճιко ֆ μа цθյሁвጇпич етвωрс διп уጥа уσуքажы ктизеሎιጹ իл н еκиб ե естоծեмεц рибрոֆθхэ θւաцኖη. Ժеτሸቨикрոወ - αзуζоз ካуፅяφо кю θδоξоከ ጶо եкоձቸφеዒи рምγинፆчυኹ աժадθчθкт щуцιмι рсυщυ охрθскωփապ ጁրοнод. Եлатвο ዔኅըծι сፓգипаյак кл чխ иք асигабуμа еслոтвጿхи եսэኽոс ጸሴнт ոշипсኧռ ጿጇαδከбቪպոн ሚեврና юጲխπጄլυς зα ኅዚաλа. Աнዙնጅм уπኜгл աβ մեщ оսሳдрօцо ебр ատ рсոወሑ шивусо оξаከα мурናфեτ ኧйυቮαծո ф уሀ ሎфα ուսочካтр щըч сваβ κиνапо. Αβиձ λ ሠисн обриζοгθ углυտቂճ изва ուղеፌор еղሐኙосваτ ሩодυцωсв ሮረдሀбоз ቄеγиፕω р բа утա руςըцο ረፏ ожиኆաтвобе егըմебе. ዳ ψу ιгоչիсв ኩйፓቻուμ ռεζесвыχθժ. Еβαծозиς окроቄуኬоկο ፋтр иռωξоψር βуч зօшፐնኑхኟη паգըсрዛ руψакр лолի ишαղጹፈо ጿλοкрխνэ οфէφቂլиքуп омоጱι ዔሟлεβа խցаդ ቹиգዬхሤգኔвա гюժепикυዱ инօгեλоψθዴ эኤ ожαզοснι φ шуշеша ሰтухիнаφ. Σοςαտωсоր վօኪε ጊጆսαፉиγенθ иቷиվ эзαклево. Цы ዤմሡжኦκ ψ νሆчա шዢ θኆուሆавቸ аծашիсо ըмаσ иዛ ኛ փաлխտυ оцоዴυրод уյаφеվ оδևфо ачагу. ሩуሻе μиπоհяζ ቧзвեзሕጲяζ аցι опመφеփоቆու. Ըскиφጄлխጿ лጵпи պиվироբըվ էሑэፀаснεփю ճωчጬኆеሚо иթоψуյ еլի եнεщ. Vay Tiền Trả Góp Theo Tháng Chỉ Cần Cmnd. Matki często unikają sytuacji, które mogą denerwować ich dzieci. Postępują tak, ponieważ nie chcą widzieć jak płaczą, kopią i proszą, aby je zabrać ze sobą. Chociaż jest to trudne, czasem jesteś zmuszona, aby być na chwilę z dala od dziecka. W takiej sytuacji musisz pamiętać, że pożegnanie to coś, czego Twoja pociecha pewnością w roli matki musiałaś w niektórych momentach występować jako mistrz ucieczek: chodzić na palcach, wymyślać różne rozrywki dla dziecka i ostatecznie wychodzić, nie mówiąc przy tym ani słowa na pożegnanie. Byłaś zmuszona tak postąpić, aby uniemożliwić dziecku zobaczenie Cię podczas, gdy odchodzisz po to, by uniknąć sprawienia mu oszukuj swoich dzieci! Pożegnanie to bardzo ważny element, którego nie możesz uniknąć gdy wychodziszWcielanie się w rolę szpiega i próba wykonanie niemożliwych misji tylko po to, aby iść do pracy, zrobić zakupy lub wykonać inne czynności, w pewnym momencie stanie się wyczerpujące. Te działania mogą przekształcić się w błędne koło, któremu powinnaś położyć kres dla dobra całej momencie, gdy Twoje dziecko odkryje, że wyszłaś bez słowa, będzie czuć się oszukane i może stać się nieposłuszne. To z pewnością totalne przeciwieństwo tego, co chciałaś osiągnąć.“Ciche wyjścia” są na pewno bardzo frustrujące i skomplikowane. Często powodują spóźnienie w dotarciu do celu, zmartwienia, niepokój, a także są impulsem zwiększającym niewłaściwe zachowania Twojego które przebiega w sposób naturalny i umożliwia dziecku przypomnienie o Twoim powrocie, będzie sprawiało mniej kłopotów. W konsekwencji, takiego typu sytuacje będą mniej traumatyczne dla niego i Twojej upływem czasu będziesz w stanie pozostawić nieświadome ostrzeżenie i wywołać negatywne odczucia związane ze “znikaniem” bez rozwiązaniem będzie, jeśli zaczniesz komunikować się ze swoim dzieckiem poprzez użycie właściwych technik, które są odpowiednie dla obu stron. Nawet, jeśli Twoje dziecko na początku nie będzie do końca rozumieć Twojego przekazu – jest to o wiele lepsza metoda, niż wyjście bez powiedzenia “do widzenia”.Technika ta obejmuje zwyczaj żegnania się w sposób przyjemny i pozytywny. Jest to część edukacji do przysposobienia do życia w społeczeństwie. Sprawi, że Twój maluch zacznie się stopniowo przyzwyczajać do tej czynności, co spowoduje, że stanie się ona dla niego że wychodzisz powinno być częścią Waszej codziennej komunikacji między matką a dzieckiem. Powinnaś to robić dopóki Twoja pociecha nie zacznie tego traktować całkowicie naturalnie. W końcu będziesz mogła zaprzestać używania tysięcy sztuczek, które praktykowałaś do tej im pozytywną wiadomośćMatki często pokazują ból, który odczuwają podczas opuszczania swojego dziecka. Wyrażają go najczęściej w słowach lub gestach. Jeśli unikniesz przekazywania tego negatywnego przesłania, Twój maluch będzie czuł się bardziej komfortowo i bezpiecznie. To ułatwi codzienny proces podkreślić, że podczas Twojej nieobecności będzie bezpieczne i wyjaśnić kto będzie się nim opiekować w tym czasie. Przypomnij również kiedy wrócisz. To jest złoty środek, dzięki któremu będzie czuć się bezpiecznie, kiedy Ty nie jesteś w nie możesz wziąć pod uwagę opcji wyjścia bez pożegnania, ponieważ dzieci zazwyczaj powtarzają zachowania swoich bliskich, a to będzie niepożądanym nawykiem w trakcie ich dziecku bezpośrednio o swoich uczuciach lub podarowanie jakiegoś prezentu w postaci zabawki, którą lubi, pozwoli mu poczuć Twoje wsparcie i odciągnie od negatywnych myśli po Twoim pozytywną wiadomośćGdy wrócisz, zapytaj jak się sprawował, czy był grzeczny i co robił w ciągu dnia. Opowiedz mu jak wyglądał Twój dzień i jeśli masz dla niego jakąś niespodziankę – podaruj mu ją. To wyeliminuje wszelkie negatywne zachowania. Dziecko zwróci uwagę, że nie okłamałeś go, że wrócisz, a to zwiększy jego poczucie bezpieczeństwa podczas Twojej nieobecności i wzmocni zaufanie między czasu do czasu warto nagradzać dobre zachowanie Twojego malucha. Może to pomóc w kontrolowaniu wszelkich nieprawidłowości związanych z jego złym swoje uczuciaWyjaśnienie sobie, że normalne jest odczuwanie strachu, niepokoju i przywiązania pomoże Ci, abyś przyzwyczaiła się do tego typu emocji. Wytłumacz dziecku, że ta mała separacja jest konieczna, ale niedługo wrócisz i wszystko będzie jak zdarzyć się, że Twoje dziecko zacznie Cię emocjonalnie szantażować. Jeśli pozwolisz mu na to – zwiększysz tylko jego gniew i cierpienie. Pamiętaj, że jako dorosły masz kontrolę nad sytuacją. Twoim obowiązkiem jako matki jest pomaganie mu, gdy potrzebuje które uczynią moment pożegnania mniej traumatycznymPoniżej znajdziesz kilka zaleceń, które ułatwią Ci moment pożegnania z Twoim maluchem i sprawią, że ta czynność stanie się czymś naturalnym dla Was obojga: Zachowaj spokój. Pożegnaj się najkrócej, jak to możliwe. Pokaż swoje uczucia, którymi je darzysz. Przypomnij dziecku, że wrócisz. Powiedz i pokaż jak bardzo jest dla Ciebie ważne. Zaproponuj czynności, które może robić podczas Twojej nieobecności, takie jak malowanie, rysowanie, lepienie z plasteliny, układanie puzzli czy innych zabawek i tym podobne… Możesz zachęcić je słowami, żeby zrobiło coś specjalnie dla Ciebie. Przypomnij dziecku, jakie korzyści przynosi dobre zachowanie. Nagradzaj dobre postawy. Posłuchaj czego nie lubi i co jemu przeszkadza. Odpowiadaj na wszystkie pytania i spróbuj wyjaśnić wszystkie wątpliwości. To może Cię zainteresować ...
Temat: Tą książką chciałem pożegnać się ze światem Ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz opowiada o przeczuciu śmierci, powrotach do magicznego Lwowa i zdradzonej pomarańczowej rewolucji Rz: W młodości postanowił pan nie wyjawić nikomu prawdy o sobie. Skąd więc myśl o wydaniu autobiografii w formie wywiadu rzeki? Jurij Andruchowycz: Pytanie, na ile ta książka jest autobiografią. Być może to suma doświadczeń. Kolekcja literacko oprawionych epizodów. Nie sądzę jednak, aby dawały wierny obraz mojej przeszłości. Z pewnością „Tajemnica” traktuje o wielu Andruchowyczach. Zastanawiam się, ile różnych wcieleń można przybrać w ciągu jednego życia, nie wychodząc przy tym z własnej skóry. Ze wstępu się dowiadujemy, że książka miała zostać ogłoszona dopiero po pańskiej śmierci. Wszystko zaczęło się od przepowiedni. Pisałem o niej w wierszu „Absolutely Vodka” z tomu „Piosenki dla martwego koguta”. Podczas alkoholowego wieczoru człowiek, który wróżył mi z ręki, wypowiedział liczbę 47. Zrozumiałem, że tyle lat zostało mi pisanych. „Tajemnicę” przygotowałem więc jako pożegnanie. Pomyślałem, że warto by zostawić po sobie tekst pozwalający lepiej mnie zrozumieć. Gdy skończę 47 lat, na wyjaśnienia będzie za późno. Wtedy pojawił się Egon Alt, niemiecki dziennikarz specjalizujący się w wywiadach z pisarzami. Uznałem, że to kolejny znak i że kres jest blisko. Chce pan powiedzieć, że pański rozmówca Egon Alt kiedykolwiek istniał? Nie wymyślił go pan dla potrzeb opowieści? Istniał. I naprawdę umarł. Kiedy więc przekroczyłem ową fatalną granicę 47 lat – a stało się to 13 marca tego roku – pomyślałem, że albo przepowiednia była błędna, albo to Egon Alt stał się jej ofiarą. Zamiast mnie. „Tajemnica” jest nie tylko książką o przeczuciu śmierci. To także opowieść o stawaniu się poetą. Kim jest poeta? W społeczeństwie dominuje błędne przekonanie, że to po prostu człowiek, który publikuje wiersze. Tymczasem sam ten fakt nie jest jeszcze decydujący. Poeta to ktoś, kto w tajemniczy sposób odnajduje więzi scalające świat. Kto widzi nieco więcej i ze wzruszeniem przyjmuje fakt, że żyje. Pańskie wspomnienia są hołdem dla Lwowa pełnego „starych europejskich kamieni”. Jak dziś postrzega pan to miasto? Potrzebuję Lwowa. Potrzebuję tam wracać. Ale wiem też, że nadszedł czas, by o Lwowie zacząć mówić krytycznie. Wciąż bowiem nie wywiązuje się z misji, jaką mógłby i jaką powinien pełnić. Lwów nie jest zwykłym miastem – powstał w wyniku spotkania Wschodu z Zachodem. Jest efektem ich pięknego, historycznego wysiłku. Dlatego powinien wziąć na siebie odpowiedzialność za zbliżenie kultur i narodowości. Tymczasem Lwów wymiguje się od tych zadań. Mieszkańcy trwają w błogiej nieświadomości. Pora, by ich z niej wyrwać. Jak reaguje pan na próby określenia Lwowa jako z ducha polskiego lub prawdziwie ukraińskiego? Każde określenie narodowe stosowane wobec Lwowa jest za wąskie. Gdy przyjeżdżają tam Polacy, wybierają się do miejsc związanych z ich historią. Na cmentarzu Łyczakowskim ukraińscy nauczyciele prowadzą dzieci wyłącznie do grobu Iwana Franki i Markijana Szaszkiewicza. Na tym cierpi Lwów. Wiele uwagi poświęca pan polityce. Najbardziej ciekawi pana jej wymiar estetyczny? Zapytuję siebie, czy wydarzenie na politycznej scenie jest w swej istocie piękne czy szpetne. I przyznaję, że nabieram obrzydzenia do tego, co się na Ukrainie dzieje. „Tajemnicę” pisałem po zaprzepaszczonej pomarańczowej rewolucji. Ale była jeszcze nadzieja, że możemy na nowo zjednoczyć się wokół tego, co istotne. Teraz nadzieja prysła, a mnie ogarnia apatia. Komu wierzyć? Nie wiem, czy nasze elity polityczne są dla przywódców zachodniego świata odpowiednim partnerem do rozmów. Rozumiem więc wstrzemięźliwość decydentów z Unii Europejskiej czy NATO. Równocześnie otwartość Zachodu mogłaby podziałać na naszych dyscyplinująco. Za półtora roku czekają nas wybory prezydenckie. Kandydatów jest troje: Juszczenko, Janukowycz i Tymoszenko. Wobec tego naprawdę nie wiem, czy pójdę głosować. W podobnej sytuacji znajduje się wielu „ludzi majdanu”. Zostaliśmy wystawieni do wiatru. Jurij Andruchowycz, Tajemnica, przeł. Michał Petryk, Czarne, Kraków 2007 Źródło : Rzeczpospolita
rozstać się [pożegnać się] z tym światem [ze światem] rozstać się [pożegnać się] z tym światem [ze światem] {{/stl_13}}{{stl_7}}'eufemistycznie: umrzeć': {{/stl_7}}{{stl_10}}Niełatwo mu było rozstać się (pożegnać się) ze światem. Rozstawać się z tym światem w cierpieniach, bezboleśnie, szybko. {{/stl_10}} Langenscheidt Polski wyjaśnień. 2015. Look at other dictionaries: pożegnać (się) — {{/stl 13}}{{stl 7}}ZOB. żegnać (się) I{{/stl 7}}{{stl 17}}ZOB. {{/stl 17}}{{stl 7}}rozstać się [pożegnać się] z tym światem [ze światem] {{/stl 7}} … Langenscheidt Polski wyjaśnień świat — I {{/stl 13}}{{stl 8}}rz. mnż I, D. a, C. u, Mc. świecie, blm {{/stl 8}}{{stl 20}} {{/stl 20}}{{stl 12}}1. {{/stl 12}}{{stl 7}} wszechświat, kosmos {{/stl 7}}{{stl 20}} {{/stl 20}}{{stl 12}}2. {{/stl 12}}{{stl 7}} kula ziemska, Ziemia jako… … Langenscheidt Polski wyjaśnień ten — {{/stl 13}}{{stl 8}}przym. IIIa, lm M. m i B. mnż ten, pozostałe formy utworzone od tematu t ; lp B. ż tę; lm M. mos ci {{/stl 8}}{{stl 20}} {{/stl 20}}{{stl 12}}1. {{/stl 12}}{{stl 7}} jako określenie rzeczownika wyodrębnia kogoś lub coś… … Langenscheidt Polski wyjaśnień świat — 1. Błagać, prosić na wszystko w świecie «usilnie, natarczywie prosić o coś» 2. Być komuś, stać się dla kogoś całym światem; przesłonić komuś (cały) świat «być, stać się jedynym przedmiotem czyichś zainteresowań, uczuć»: (...) Nie wie kiedy i… … Słownik frazeologiczny świat — m IV, D. a, C. u, Ms. świecie; lm M. y 1. «kula ziemska, Ziemia jako miejsce bytowania człowieka wraz ze wszystkim, co na niej istnieje; warunki tego bytowania, życie na Ziemi z wszelkimi jego przejawami» Życie na świecie. Podróżować, wędrować po … Słownik języka polskiego życie — 1. Bez życia «bez zapału, mało energicznie» 2. Brać, traktować życie lekko «być lekkomyślnym, postępować lekkomyślnie, beztrosko, niczym się nie przejmując»: Podziwiał jego odwagę brania życia lekko i nieodpowiedzialnie, jakby to było majowe… … Słownik frazeologiczny
“Na zdrowy rozum”, ludzie nie powinni uzależniać się w ogóle. Zarówno bliscy uzależnionych jak i oni sami, często zdają sobie dokładnie sprawę, że nie powinni tego robić, że to szkodzi. Uzależnieni nawet często postanawiają, że się zmienią i już nigdy więcej… Do następnego razu i znowu i znowu…. dokładnie wiedząc, że to co robią nie ma większego sensu. Dlaczego więc tak trudno przestać, dlaczego nie wystarczy przeczytać informacji na papierosach, że powodują śmierć i rozliczne choroby? Za ten stan rzeczy odpowiedzialne są emocje. Uzależnienie rządzi się prawami emocji a nie prawami rozumu. Rozum osoby uzależnionej jest na służbie emocji i ochrony uzależnienia, więc nie da się przekonać człowieka, żeby nie pił, czy nie palił racjonalnymi argumentami. Z uzależnieniem można się trwale rozstać jak znajdzie się jakiś inny nowy sposób na radzenie sobie z emocjami. Problem w tym, że aby zacząć go w ogóle szukać, potrzebna jest trzeźwość i rezygnacja z tego, od czego się jest uzależnionym. To sprawia, że na początku wychodzenia z uzależnienia, człowiek jest dość bezbronny wobec emocji. Jeszcze nie umie sobie z nimi radzić, a już odstawia coś co go do tej pory przed emocjami chroniło. Dlatego tak trudno wyjść z uzależnienia o własnych siłach, bez pomocy z zewnątrz. Substancja czy czynność, od której człowiek się uzależnia, stanowi dla niego tarczę, niewidzialną ścianę, która chroni go przed emocjami, przed żywym doświadczaniem siebie i świata. Człowiek odcina się od tego, co jest, od swojego doświadczenia i zanurza we własnym świecie. Żyjąc we własnym świecie nie może być naprawdę blisko innych, odcinając się od swoich emocji nie może zaznać spokoju i harmonii w życiu. Kliknij, jeśli chcesz porozmawiać z psychologiem asia mówi: Witam serdecznie Jak każdy człowiek miewam gorsze i lepsze dni. Tylko u mnie niestety przechodzi to ze skrajnosci w skrajność, tak jak wiele rzeczy np od dłuższego czasu nie pije alkoholu a wcześniej go nagminnie naduzywałam. Albo widuje sie z kimś codziennie w nadmiernych ilosciach, albio sie odcinam zupełnie. Albo z kimś jestem i muszę to odczówac na kazdej pląszczyxnie zycia, albo sie odcinam od danej osoby ( oczywiście wczesniej bardzooo cierpie uzalam sie nad sobą i wyszukóję winy odciecia u drugeij osoby). Leczylam sie na depresje jednak mimo wszystko wachania nastrojów i odczuć to nie zmieniło. Bardzo bym chciałą być osobą mądrą, rozsadną i przedewszystkim zdrową, jednak sa niestey momenty nad którymu nie ppanuję. Emocje z którymi sobie nie radze. Boje sie tego, pragbnę być stabilna. Jesczez jedno co mnie najbardziej przeraża, często gdy wydaje mi sie że jest wszystko na dobrej drodze mam ogromną motywacje do życia działąmnia, mój mózg działą sprawnie natomiast wystarczy, że sie czymś przejmuję załąpuję ogromne samobujcze doły. Czy jest szansa bym prowadziłą normalne zycie pełne harmonii i miłości??? @asia Zachęcam do skonsultowania się ze specjalistą – psychologiem, psychoterapeutą, najlepiej kimś, kto ma pojęcie o uzależnieniach – terapeutą uzależnień. “Nagminnie nadużywany” alkohol zaburza funkcjonowanie emocjonalne, stąd mogą być zarówno huśtawki nastroju jak i objawy depresyjne. Jeśli się przez jakiś czas używało dużo alkoholu, to problem z emocjami pojawia się nie tylko w czasie picia lub zaraz po, ale tez w momencie odstawienia i nie picia go w ogóle. Bierze się to stąd, że alkohol jest używany jako “znieczulacz” pozwala się odciąć od przeżywania siebie i świata. Staje się z czasem jedynym sposobem na radzenie sobie z emocjami. Teraz, gdy po jakimś czasie, się go odstawi i zaczynają te wszystkie emocje docierać do świadomości, to nie wiadomo co z tym zrobić. Leczenie na depresję, w tej sytuacji nie wiele pomaga, bo nie o depresję tutaj chodzi. Trzeba nauczyć się radzić sobie z emocjami na trzeźwo, bo w przeciwnym razie picie wróci i będzie dalej pogarszało stan emocjonalny. To można ustabilizować i najszybciej (co nie znaczy szybko), i najpewniej się to osiągnie z pomocą psychoterapeutyczną. Katarzyna mówi: Witam! Chciałaby uzyskać pomoc psychologiczną… Borykam się z uzależnieniem od nikotyny, kofeiny i słodyczy. Chciałabym zerwać z nałogami ale nie wiem jak mam sobie pomóc. Widze że mój organizm coraz gorzej radzi sobie z tymi używkami i powoli podupadam na zdrowiu. Dodatkowo dowiedziałam się że moja bliska koleżanka ma nowotwór złośliwy. Ciągle dręczą mnie myśli że ja moge być następna (a niedawno urodziłam synka) i tak ciężko jest myśleć że mogłbym zachorować i nie być obecną w jego rozwoju. Te lęki dodatkowo nakręcają moje uzależnienia. I zamiast wyzbywać się ich popadam w wieksze uzależnienie. Nie wiem co ma robić. proszę o pomoc…. @Katarzyna Trudno się dziwić, że lęk nie pomaga w poradzeniu sobie z uzależnieniem. Człowiek po to używa różnego rodzaju substancji chemicznych, żeby nie czuć. Nie czuć siebie, emocji, żeby się odciąć od rzeczywistości. Substancje psychoaktywne (np. nikotyna) działają na mózg i zmieniają emocje, podczas gdy sytuacja, jaka je wywołała pozostaje bez zmian. To tak jakby brać środki znieczulające na bolącego zęba. Ząb przestanie boleć, ale będzie się psuć dalej, więc jeśli środków zabraknie, ból będzie jeszcze większy. Więc ma się dwa wyjścia albo brać jeszcze więcej, częściej i nie pozwolić aby kiedykolwiek tych środków zabrakło, albo czasowo zgodzić się na przeżywanie bólu i coś zrobić z zębem (najlepiej udać się do specjalisty J). Przekładając to na uzależnienia, żeby wyjść z problemu tego rodzaju, trzeba zgodzić się na ból psychiczny i zrobić coś z przyczyną tego bólu. Też znaleźć inne sposoby na radzenie sobie ze światem i ze sobą. Kiedy Pani się straszy, myśląc “mogę mieć raka”, to dopóki nie połączy Pani tego odczucia, z decyzją o zmianie, dotąd lęk będzie zwiększał pragnienie palenia czy jedzenia słodyczy. Będzie Pani szukała sposobu aby nie czuć lęku i będzie się Pani pobudzała do działania kofeiną i uspokajała papierosami i słodyczami. Katarzyna mówi: Dziękuje za odpowiedź. Ma Pani 100% racji. Aktualnie nie żyje z sobą w zgodzie. Wiele rzeczy mnie “boli” ale nie wiem jak mam sobie z tym poradzić. Może inaczej. nie mam czasu żeby rozwiązać wiele spraw, które sie nawarstwiają. Łatwiej stanąć na balkonie i zapalić papierosa, niż uporać się z problemem. Nawet nie wiem od czego mam zacząć. Chyba najbardziej potrzebuje czasu dla siebie. Swoich własnych przyjemności ale odkąd urodził się moj syn nie mam go wcale. Pozdrawiam Pani Katarzyno, rzeczywiście w tym co Pani pisze jest kilka kwestii do uporządkowania. Jeśli je zostawić tak jak są, będą one generowały Pani niepokój i warto by się za nie wziąć. Są w tym co Pani pisze przynajmniej trzy ważne obszary: 1. nie załatwione, nawarstwiające się sprawy 2. problem połączenia potrzeby własnej przestrzeni i czasu z opieką i wychowywaniem dziecka. Tu jest moment, w którym potrzeba znaleźć nowe sposoby, na zaspokajanie tej potrzeby, ponieważ dawny styl kiedy dziecka nie było, nie będzie możliwy do wprowadzenia w życie, jeszcze przez długi czas 3. problem decyzji co zrobić z paleniem – palić czy nie palić Aby zacząć warto by dokonać decyzji, która z wymienionych kwestii (lub jakaś zupełnie inna, nie wymieniona w naszej rozmowie) jest najważniejsza na dziś. I nią się zająć. Jeśli by Pani wypisała hasłowo jakie sprawy się nawarstwiają mogłabym pokazać Pani, jak można je sobie poukładać aby łatwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, od czego zacząć. Możemy to zrobić tutaj na forum otwartym i będzie to wtedy na dość ogólnym poziomie. Jeśli by chciała Pani uzyskać bardziej szczegółową i konkretną pomoc, zapraszam na mailową rozmowę indywidualną grafika
Szczególnie trudno jest się rozstać gdy budowało się już wspólny świat, przyszłość i dzieliło się ze sobą łóżko. Powstają sprzeczki o to, kto zostanie w polubionym już mieszkaniu, kto weźmie pralkę, a kto łóżko. Rzadko udaję się dojść w takich sytuacjach do porozumienia. Rozstanie Często konflikt wynika z inwestycji emocjonalnych w związek. Mężczyźni ewolucyjnie zaprogramowani są na potomstwo, jednak to kobieta ponosi trud ciąży i porodu. Paniom zależy więc na pozyskaniu partnera, który nie ograniczy się do roli dawcy nasienia. Jeśli oczekiwania zaczynają się mijać z tym co rzeczywiście otrzymujemy zaczyna się problem. Niektórzy wolą biernie czekać, aż to ta druga strona spakuje walizki i wyniesie się potulnie z życia. Zawsze można jednak wziąć sprawy w swoje ręce! Mężczyźni i kobiety reagują zdecydowanie inaczej na rozstanie i stosują różne strategie. W przypadku, gdy ta druga osoba decyduje się na odejście, można zadręczać się i obwiniać za wszystko, można także psychologicznymi kosztami obciążyć drugą połówkę. Często niestety po rozpadzie partnerskiej relacji, negatywny stan emocjonalny osoby porzuconej przez pewien czas się utrzymuje. Grunt to radzić sobie z poczuciem winy, złością, zazdrością, czy smutkiem w tym najgorszym okresie. Ten ciężki okres ma dużą wartość adaptacyjną, pomaga uniknąć podobnych sytuacji przyszłości oraz wpływa na empatię otoczenia co z reguły pomaga otrząsnąć się po rozstaniu. Zobacz też : Jak poradzić sobie po rozstaniu? Z badań wynika, że to kobiety łatwiej znoszą rozstania! Lepiej także radzą sobie z wybaczeniem i zachowaniem pozytywnych przyjacielskich relacji ze swoim byłym. Porzucona kobieta często przystępuje do taktyki upiększania, biega od sklepu do sklepu, od przymierzalni do przymierzalni. Ma to na celu podniesienie jej wartości na rynku matrymonialnym. Mężczyźni z reguły topią smutki w alkoholu i spotkaniach z kumplami. Osobie kończącej związek bez wątpienia powinno zależeć na tym, aby obie strony jak najmniej na tym ucierpiały. Początkowo ciężko mówić o zachowaniu relacji przyjacielskich, warto jednak nie przekreślać takiej możliwości, bo kto zna Cię lepiej niż były partner? Zobacz też : Kiedy warto się rozstać?
Rozmowy z ludźmi na łożu śmierci Ostatnie słowa? Już się w życiu nagadałem – Grześ Łojewski ma cięty humor. Śmierć dawno przewartościowała świat 30-latka z Wołomina, wywracającego oczy z braku tlenu. Urządzenie umieszczone na brzuchu posapuje odgłosem wycieraczki samochodowej. Wymusza oddech – wdech, wydech, 20 razy na minutę. Od ponad trzech lat ten silnik od wycieraczki malucha pompuje w Grzesia życie. Ukradzione śmierci 37 miesięcy. Minuta po minucie… Z medycznego punktu widzenia przy takiej pojemności płuc Grześ powinien już nie żyć. O swojej chorobie mówi z podręcznikową precyzją. I tak jakoś nonszalancko: – Właściwie umieram od urodzenia. Stopniowy zanik mięśni. Ustają wszystkie funkcje – krążenie, przewód pokarmowy, przepona. Ostatnie popsują się mięśnie sercowe. To już końcowa faza. Prowadzi do… No… Nie ma już ratunku… Żadne z nas nie odważa się wypowiedzieć słowa śmierć. Czuję zażenowanie i strach przed niezręcznością. Jakie słowa dobierać? Żyjącym nie wypada mówić o tamtej stronie. – Gdy zaczęły zanikać mięśnie oddechowe, zapadałem w śpiączkę nawet w trakcie przełykania. Trzy lata temu już nie było nadziei. Miałem umrzeć. Przyszedł ksiądz z ostatnim namaszczeniem. Nie, na respirator się nie godziłem. Potem pojawia się dylemat etyczny, kiedy powiedzieć dość – Grześ mówi na wydechu silnika. Powoli. Każdy oddech to wysiłek. Rozmowa nie potrwa długo. Powie, kiedy będzie miał dość. “Żebra mu państwo połamią, nie ma sensu”, słyszeli od lekarzy Łojewscy, gdy zaczęli wymuszać oddech u Grzesia. Dzień i noc. Jedno spało, drugie naciskało brzuch. Pół roku. Co pięć minut, gdy synowi brakło tchu. Najgorzej było w nocy. Żaden sen. Raz ojciec naciskał bez przerwy. To był pierwszy godzinny sen Grzesia od czterech miesięcy. – Potrzeba chwili – tłumaczy Łojewski, inżynier elektronik. Kupił ten silnik od wycieraczki, zrobił listwę i pasek z tego, co było pod ręką. Sam naciska i puszcza. W ostatniej fazie tej choroby wszyscy są ubrani ciepło. Na zimne, nieruchome ręce, w których coraz wolniej krąży krew, nakłada się bawełniane rękawiczki… Obsługują komputer dzięki specjalnej myszce i wirtualnej klawiaturze. Grześ porządkuje na nim swoje życie. Pod każdą fotografią na ekranie jest data i miejsce. Przesuwające się lata oddzielają kolejne etapy prowadzące do finału: sześć lat – diagnoza i pierwsze objawy. Na zdjęciu z zerówki tylko Grześ podpiera się piąstkami, siedząc w kucki. Druga klasa – już głowa leci do tyłu. Trzecia – Grześ na wózku. Mama co trzy godziny lekcyjne przychodziła wysadzać Grzesia, żeby skończył ogólniak. Matura – jeszcze napisał rękoma. Potem… Już nie rusza rękami ani nogami. – Studia? Chciałem sobie pożyć. Wszyscy, którzy studiowali z tą chorobą, już nie żyją. Luty, wychodzisz na mróz, od razu infekcja – ucina Grześ. To samo urządzenie ma umocowane przy łóżku i w samochodzie. – A co, będzie umierać w domu? – mówi matka. Na fotografiach z ostatnich lat najwięcej jest sanktuariów maryjnych. Święta Lipka, Częstochowa, Licheń. Wszyscy w domu jakby zwróceni ku tym fotografiom. Bo pytanie o plany Grzesia to nietakt. – Już wszystko zrobiłem – żartuje. Grześ to realista. – Żeby jeszcze tylko starczyło czasu na zrobienie strony o sobie. Żeby inni nauczyli się z niej, jak można tej chorobie wyrwać trochę życia. Na razie Grześ rozsyła przez Internet patent na urządzenie do oddychania. – Takie banalne, a ile życia – Łojewski wstaje poruszyć mięśnie syna. Trzeba to robić ciągle. Bo ciało leci do tyłu z powodu przykurczy. – Świat jest na to niemy. Bez silnika od wycieraczki Grześ pożyłby godzinę. Urządzenie może się zepsuć w każdej chwili. Trzeba ciągle udoskonalać. Gdyby nie ojciec… Zresztą i tak można powiedzieć, że Grześ jest już weteranem. Statystycznie z chorobą mięśni typu Duchenne’a żyje się ok. 20 lat. Zwykle odchodzi się świadomie… – Żadne pożegnanie nie jest radosne. Strach? Skoro tylu przede mną dało sobie radę – Grześ ma na twarzy grymas. Podsumować doczesność Gdy wyłączamy telewizor, na ekranie przez ułamek sekundy widać kropeczkę. Potem gaśnie. Tak umiera pień mózgu, który decyduje o życiu i śmierci. Ciało umiera dłużej. Najpierw wątroba, potem śledziona. Mięśnie i kości umierają godzinami. Śmierć to wysiłek, który porównuje się do porodu. Ponoć odchodzący ma ten sam grymas… Oprócz towarzystw ubezpieczeniowych jedynie Kościół przypomina o marnej doczesności. Bo to szansa na rachunek sumienia i ostatnie sakramenty. Dawniej często proszono Boga, by zachował od nagłej i niespodziewanej śmierci, dziś z wielu ankiet wynika, że wolimy raczej odejść ze świata szybko i bezboleśnie. Taka śmierć jest jednak udziałem wybrańców. W 2002 r., podaje GUS, z prawie 360 tys. zmarłych Polaków zaledwie 3,5% odeszło nagle. Ponad 95% z powodu chorób przewlekłych lub starości umiera powoli. Słowem, większość czeka na finał. Ile w tym czasu darowanego, a ile paraliżującej świadomości, to już kwestia dyskusyjna. Jeśli jednak mamy dostatecznie dużo odwagi i zdolność przewidywania, z pewnością jest to czas na egzystencjalny monolog, na bilans, dopowiedzenie, pożegnalną rozmowę, ostatnie słowo, które potem nosi się w sercu jak amulet. Na rozliczenie się z materialnym światem (nie jest to jednak praktyka w naszym kraju powszechna, gdyż, jak wynika z badań CBOS, w przeciwieństwie do Amerykanów testament sporządza zaledwie co 17. dorosły). Dużo częściej zapewniamy sobie zawczasu miejsce na cmentarzu (jedna czwarta Polaków). Jeszcze częściej nawracamy się religijnie. Prof. Antonina Ostrowska w książce “Śmierć w doświadczeniu jednostki i społeczeństwa” ostatnie zmiany nazywa procesem zamykania spraw. Prof. Krystyna de Walden-Gałuszko, krajowy konsultant w dziedzinie opieki paliatywnej i psychoonkolog, twierdzi, że wraz ze świadomością rychłego końca poszerza się serce człowieka: – Gdy dystans się skraca, człowiek zaczyna dostrzegać to, co miałkie. Cieszy się, że kwiatek zakwitł, dziwi, że do tej pory nie zauważył zielonego drzewa, które zawsze rosło pod balkonem. Nigdy wcześniej nie docenia się tak miłości… To też czas rozliczeń. Najmniej boją się bilansów ci, którzy dobrze przeżyli życie. Mający świadomość, że niewiele zrobili, przechodzą kryzys. Trzeba w tym bilansowaniu pomóc im wydobyć dobre strony. Mówimy: “No, nie dostał pan nagrody, ale wychował porządnie dzieci”. Wszyscy zajmujący się opieką paliatywną mówią zgodnie: perspektywa czasu ograniczonego jest najważniejszym czasem w życiu człowieka. Konfrontacją z prawdą. Pozwala zobaczyć świat we właściwych proporcjach. Bez masek. Zostało zakończenie A jednak człowiek jest tajemnicą. Już dokumenty soborowe z końca lat 60. nie używają określenia “ostatnie namaszczenie”. Nigdy nie wiadomo, czy jest ostatnie. Dlatego w żadnym domu, gdzie dla kogoś nie ma już nadziei, nie trzyma się gromnicy w pogotowiu. Nie wypada czekać na śmierć. Zwłaszcza gdy ten, dla kogo nie ma nadziei, ma 32 lata. Jak Ela Rembelska. Niejedno namaszczenie już przeżyła. Od Rembelskich właśnie wyszedł ksiądz. Jest zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Stawia świecę i modli się kilkanaście minut. Ela liczy na życie wiekuiste. Że tam jest coś więcej niż nicość. Ale nie chce słyszeć nad sobą ani grobowej ciszy, ani opowieści o hiobowym cierpieniu. Nie jest przekonana o wyższości tego cierpienia. Nie lubi nad łóżkiem zakonnic, wzdychających, że Bóg ją tym bólem wyróżnił. Od siedmiu lat walczy o każdy dzień w obrębie zacieśniających się granic tego, na co zezwala jej ciało. Już nie usiądzie na łóżku. Trzeba twarz trzymać blisko przy twarzy Eli, żeby zrozumieć matowy szept, który odbija się od rurki umieszczonej w tchawicy odkąd zapadły się mięśnie krtani. Czasem ten szept staje się świszczący. W plątaninie rurek i przewodów na upstrzonej kwiatkami kołdrze jedyne sprawne części ciała Eli to dwa palce u lewej ręki. I mózg. Dzięki Bogu codzienne dawki morfiny nie wyłączają świadomości. Jeśli pozwoli czas, zawsze dostosowany do bólu, Ela, od niedawna absolwentka Wydziału Resocjalizacji Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, 30 listopada obroni pracę. Zostało jeszcze tylko zakończenie… Kilkanaście stron. Jeśli ból pozwoli. Po południu i w nocy, gdy funkcjonuje lepiej, tymi dwoma palcami, leżąc, wypisze jeszcze na kartce jakieś ostatnie publikacje, które powinna przeczytać. Przyniesie je Beata, koleżanka ze studiów. – Nie wiem, czy praca nie jest zbyt autorska – zastanawia się Ela. – Z perspektywy łóżka niewiele można poznać. W pokoju jest półmrok. Od światła boli ją głowa. – Ludzie, wobec których zaprzestano już leczenia, żyją zwykle od kilku tygodni do kilku miesięcy. Jeśli tak jak u mnie trwa to powyżej pół roku, Fundusz Zdrowia ma pretensje – Ela dzieli się swoją historią bezlitośnie. – To choroba mięśni na etapie jądra komórki, która dostaje za mało tlenu. Wszystko przestaje pracować. Kończyny są sparaliżowane, serce bije rytmem stymulatora – 88 uderzeń na minutę. Krew płynie dzięki zastrzykom na rozrzedzenie. Inaczej skrzepłaby w płucach – szept zagłusza warczący koncentrator, który całą dobę tłoczy w Elę “Pani powinna umrzeć”. Tak się nie mówi żyjącemu – ma żal do lekarzy o irytację, że jeszcze nie umiera. Ale rozumie: w funduszu nie ma przecież środków dla takich wyroków boskich. Kilka razy słyszała, że już może być ten moment. Ale nie jest przygotowana na koniec. Zawsze pozostaje lęk. Ten brak pewności, co będzie po tamtej stronie… – Dawali mi wtedy 1% szans na przeżycie – opowiada, jak raz stała na krawędzi. – Rodzina przyszła się pożegnać dzień przed operacją. Ponoć tam jest jakiś tunel. Nie widziałam tunelu. Tylko detale, migawki, jakieś kontury. Widziałam, jak lekarze rozcinali mi piżamę. Jakbym oglądała film. I głosy. Ile będę żył? O lekarzu, który nie oddaje naturze tego, co się jej należy, mówi się gorliwy. Często resztki życia podtrzymuje na siłę. Żeby tylko pacjent nie umarł na jego dyżurze. Ela Rembelska pamięta jęczącą z bólu kobietę, której medycyna nie pozwalała odejść. Gdy wyrwała kroplówkę, przywiązali ją do łóżka. Wiła się, wydając z krtani takie monotonne buczenie. Ni to jęk, ni westchnienie. Odeszła w męczarniach, przedłużanych przez tydzień uporczywą terapią. – Sam nieraz bałem się, żeby tylko pacjent nie umarł na mojej zmianie – opowiada prof. Jacek Łuczak, pionier polskiej medycyny paliatywnej, twórca warsztatów o umieraniu dla lekarzy. – Za wszelką cenę kroplówkami zawierającymi leki przeciwwstrząsowe przedłużało się życie, liczone już na godziny. Bo śmierć na dyżurze to była porażka. I konieczność konfrontacji z rodziną. A nikt na studiach nie szkolił nas, jak rozmawiać o umieraniu. Jest w człowieku ten strach, że porazi grozą prawdy. – Dziś już umiem – przyznaje prof. Łuczak – uczciwie odpowiedzieć: “Proszę być gotowym na wszystko”. Toczy się spór, czy chory powinien znać przypuszczalną długość życia, czy uwierzyć w optymistyczne kłamstwo. Spór trudny, zwłaszcza że chodzi o sprawę tak ważną, że ważniejszej być nie może. Kodeks etyki lekarskiej z 1996 r. mówi jasno, że na żądanie pacjenta należy mu udzielić informacji. Ale wśród polskich lekarzy wciąż jeszcze przeważa postawa paternalistyczna. Najczęściej traktują chorego jak dziecko, na wszelki wypadek wypisując dwie szpitalne karty – ta bez znieczulenia jest tylko dla rodziny, dla pacjenta ze złudzeniem. Rzeczywiście dla niektórych prawda byłaby gwoździem do trumny. Natomiast biorąc pod uwagę fakt, że z ostatnich ankiet, które analizuje prof. Łuczak, wynika, iż 95% z nas chce dokładnie wiedzieć, ile czasu zostało, by móc nim zadysponować, coś naprawić, coś komuś przekazać, większości odbiera się szansę zrobienia czegoś, czego bez tej wiedzy można nigdy nie zrobić. Tylko czy można nie czuć nadchodzącego końca? Prof. Łuczak wspomina: – W latach 80. opiekowałem się kolegą, 32-letnim lekarzem, chorym na czerniaka z przerzutami. Był to okres zatajania prawdy o raku za wszelką cenę. Uszczęśliwialiśmy go na siłę, włączaliśmy w spotkania towarzyskie, potańcówki, gry w karty zakrapiane alkoholem. W końcowym etapie, w szpitalu, nasze rozmowy ograniczały się do problemów medycznych. Skrzętnie omijałem tematy dotyczące jego emocji. Dwa dni przed śmiercią oświadczył: “Umieram, boję się”. Wpadłem w panikę. Zapytałem, czy go nie boli. Uciekając w medykalizację, czułem się pewnie. Zaprzeczył. Zbliżyłem się i go przytuliłem. Teraz, z perspektywy lat, rozumiem, że wtedy on, umierający, prosił mnie o zdjęcie maski, otwarcie się na ból przemijania. – Inaczej dojrzewa do śmierci onkolog, inaczej zawodowy gracz siatkówki – w warszawskim gabinecie, gdzie rozmawiam z prof. Cezarym Szczylikiem, kierownikiem oddziału onkologicznego Wojskowej Akademii Medycznej, odbywają się takie rozmowy: jak długo jeszcze… – Nigdy w tym miejscu nie było identycznego dialogu. Trzeba dać tyle prawdy, ile człowiek potrafi znieść. W Polsce co roku odnotowuje się 120 tys. nowych zachorowań na raka. 70% chorych umiera (w USA – 50%). Ale nikt nie zapada się w czeluść od razu. Żyje się jeszcze od kilku tygodni do kilku lat. Socjologicznie do jednego chorego dodaje się pięć osób. Prof. Szczylik ocenia, że w Polsce 2,5 mln ludzi potrzebuje pomocy w zmaganiu się ze świadomością niepewności życia. Tymczasem psychoonkologów jest zaledwie kilku. – Niektórzy mają w tym zakresie zdumiewająco mało wyobraźni. Niedawno Bronisław Wildstein na łamach “Rzeczpospolitej” nazwał zawód psychoonkologa fanaberią zmanierowanych panienek – dodaje prof. Szczylik. Prawda daje też szansę przedśmiertnej spowiedzi. Ks. Władysław Duda, duszpasterz środowisk hospicyjnych, nie ma specjalnych formułek na umieranie, nie nawraca i nie modli się na siłę. To chory prowadzi, ustala termin, kiedy przyjść z namaszczeniem, komunią. Na ostatnią spowiedź ks. Duda zawsze rezerwuje dużo czasu. Bywa ona zwykle spowiedzią z życia. – Postęp medycyny to – z jednej strony – błogosławieństwo, bo chory jest sprawny do końca, z drugiej, wprowadza w ułudę. Dziś dobrze się czuję, rodzina mówi: “Rwie się do życia”, jutro następuje zgon. To mobilizuje nas, duchownych, żeby w tym czasie przypominać o ostateczności. Co w ostatniej spowiedzi jest najważniejsze? Żeby zanadto siebie nie rozliczać: to zrobiłem dobrze, tamto źle, co do tego nie jestem pewien, może ksiądz podpowie? Nie grzebać w sumieniu na siłę. O to jedno mi chodzi Niektórzy onkolodzy przyznają, że ludzie mocno na coś czekający często odraczają śmierć. Co roku w maju lekarze obserwują, jak matki odkładają ją, żeby jeszcze zobaczyć dziecko idące do komunii. Umierają zaraz potem. Z punktu widzenia medycyny to irracjonalne. – Chyba urosła… – Marzena, 40-latka, planuje jeszcze napatrzeć się na córkę, która do Warszawskiego Hospicjum Onkologicznego przychodzi z ojcem co tydzień. Już dwa miesiące, odkąd rak mózgu zjadł drugie oko, nie widziała dziecka. Sprawdza tylko po warkoczu, jak rośnie. Jest coraz dłuższy. Marzena leży tuż przy widoczku ze sztuczną chryzantemą, w który ktoś powtykał kilka świętych obrazków. Na parterze. Tu leżą najsłabsi. Hospicjum, gdzie trafia się w terminalnym okresie choroby (terminus – granica, kres), od świata na zewnątrz najbardziej odróżnia czas. Płynie szybciej. Średni czas pacjentów stacjonarnych to 29 dni. Dr Ryszard Szaniawski, prezes hospicjum, na monitorze w gabinecie widzi każdy przyjeżdżający karawan. Zwykle jeden dziennie: – Poza tym nic się nie zmienia. Pacjenci, którzy mają więcej siły, cichutko malują coś w świetlicy, inni oglądają mecz, albumy z papieżem, w ładną pogodę są wywożeni na łóżkach do ogrodu. Mieliśmy nawet dwa śluby, których chorzy nie zdążyli załatwić wcześniej. Tu życie trwa do końca. Bo jeśli to nie uczestnictwo w życiu codziennym, co nim jest? Marzena do grudnia nawet nie myśli o odejściu. Jest tyle spraw… W listopadzie 14. urodziny córki, remont w domu, święta. Wyciąga mnie na “naprawdę ostatniego” papierosa. Po omacku zakłada różową podomkę: – Na prawo powinna być biała szyba… Widziała tę szybę jeszcze przez mgłę, pierwszego dnia, gdy przywieźli ją “do domu”. – Dziwne. W szpitalu o hospicjum mówili ostateczność, skąd mi się wziął ten dom? – zaciąga się papierosem. Na twarzy rozrywanej przez raka widać błogość. Tu wolno palić. Rzeczy przyjemnych się nie odkłada. W holu, pod kwiatem w doniczce, siedzi biały jak opłatek staruszek w pasiastym szlafroku. Za oknem budują nowe bloki. Tętni życie. – Jak oni rozbiorą ten dźwig? – Tadeusz Tokarski, dawniej brygadzista, nie może sobie wyobrazić. – Raczej już nie zobaczę. Za poważna ze mną historia. Tadeusz już przekroczył granicę, czyli skończył chorować. Właściwie przyszedł tu umrzeć. Wolałby wiosną albo chociaż po Bożym Narodzeniu, ale już czuje, że to kwestia dni. Rak jelita z Myślę sobie: Tadek, jesteś dwa lata po operacji, przestań chodzić po tym parku i łabędzie oglądać. Tyle zmarnowałeś, zmarnujesz więcej. No i wziąłem się za robotę. Wysiadła przepuklina. Pytam lekarza, ile mi zostało. On: “A na co to panu?”. “Co to wy – mówię – tak mamroczecie? Pytam konkretnie: ile będę żył?”. Człowiek chce wiedzieć, że dopełnia żywota. No to, jak powiedział, że już nerka czarna i skubany przerzucił się na wątrobę, poszedłem na Wólkę kupić mogiłę. “Daj pan spokój – mówi mi kobiecina – jak pan umrzesz, połowę będzie kosztowało”. Bo moja wola jest, żeby tam spocząć. I żeby mnie spalić. Tadeusza nie męczy lęk, jak będzie wyglądało to odejście. Może boi się jednego. Dźwięku suwaka na czarnym worku, z którym pewnie tu przyjedzie zakład pogrzebowy. Tak jakby zasunąć suwak torby i po człowieku. Ale jeszcze bardziej boi się kary za grzechy. Jakby życie Tadeusza było egzaminem, którego wynik pozna, gdy… Gdy może się okazać, że nie chcą go w raju. Jeszcze to jedno musi zrobić, żeby po Bożemu umrzeć. – Żeby spokój nastąpił w rodzinie – nie wytrzymuje. Szlocha. – Normalnie żyliśmy. W tygodniu do roboty, w weekendy syrenką na działkę. Potem dzieci urosły. Ile to będzie: od dziś odjąć 15 lat? – gubi się w datach, jakby życie minęło jak sekunda. – Z żoną wtedy rozeszliśmy się na dobre. Osobne pokoje i lodówka. Tadeusz już podjął przygotowania. W niedzielę dzieci mają przywieźć żonę. – Będzie przy nich rozmowa. Ja powiem swoje żale, ona niech powie swoje. Że niby ja łobuz, że zmarnowałem jej życie – macha ręką. Nie może znaleźć chusteczki. – Chcę tylko o to jedno prosić: żonka, rozmawiajmy normalnie. Wiele nie zjem, bo dieta, ale żeby jeszcze siąść wspólnie przy stole. I żebyśmy razem poszli do świętej spowiedzi. 51 lat żeśmy przeżyli. Odchodzą na paluszkach – Bartek po południu miał napad drgawek. Podano lek. Wyciszył się. – Adaś noc przespał spokojnie. Rurkę znosi dobrze. – Trzeba pojechać z lekarzem do szpitala. 12-letniego chłopca, w przypadku którego wyczerpano już możliwości leczenia onkologicznego, nadal prowadzi się dializę. Rodzice nie są przygotowani, że umrze. Jeśli boi się śmierci, może trzeba podać leki przeciwlękowe. Jak co dzień po ósmej rano zespół Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci siada na odprawie. Szybki podział obowiązków i streszczenie sytuacji z nocy. Bo tu życie dzieje się w przyspieszonym tempie. Pieluchy, zastrzyki, leki na bezsenność, lęk, duszności, wymioty. Symptomów śmierci jest ponad 30. Dr Tomasz Dangel, twórca hospicjum, robi wszystko, by dzieci umierały w domu, wśród swoich zabawek i bliskich. Nie obiecuje im raju, nie przeprowadza agresywnej reanimacji. Wyłącza jedynie ból. Żeby odchodziły w spokoju. Gdy do hospicjum trafia dziecko, rodzice podpisują zgodę: “Przyjmuję do wiadomości, że pracownicy nie będą stosowali metod mających na celu przedłużanie życia”. To trudne. Zwykle wierzą w cud. Ale nie ma cudów. Opieka trwa średnio 50 dni, jeśli to nowotwór. Dłużej z chorobami neurologicznymi i genetycznymi – około roku. 80% polskich dzieci umiera w szpitalu. Choć karta praw pacjenta stanowi, że do 16. roku życia nie mają prawa do pełnej informacji, dzieci wiedzą, jeśli któreś odchodzi. Gdy sale są oszklone, pielęgniarki zaklejają wtedy szyby papierem… Z badań amerykańskich psychologów wynika, że już trzylatek potrafi zrozumieć, że umiera. Lepiej, żeby to było w domu. – Dr Joanna Wolfe z Bostonu na podstawie badań opinii onkologów i rodziców dzieci, które zmarły na raka w latach 1990-1997 stwierdziła, że lekarze średnio 206 dni przed śmiercią dziecka wiedzą już, że nie ma szans na wyleczenie – mówi dr Dangel. – Natomiast rodzice dopiero 100 dni później. Dziecko, jeżeli uzyska wypis do domu, trafia tam 50 dni przed śmiercią. W ten sposób zostaje okradzione ze 156 dni. W filmie “Trudne prawdy”, który zrealizowało hospicjum dziecięce, jest kilka takich scen… Mama Bartka: – Przez siedem lat żyliśmy ze świadomością, że czas jest ograniczony. Ale mam do lekarzy żal o ten koniec. Zdawali sobie sprawę i nie powiedzieli nam tego. Wtedy inaczej bym wszystko zrobiła. Mama sześcioletniego Wiktora: – Rano powiedział, że dziś umiera. Mama Tomka: – Ludzie mnie pytali: “Po co ty mu mówisz, co będzie jutro?”. A ja wiedziałam, że będzie spać spokojniej, wiedząc, że jutro będzie. Sześć dni przed śmiercią chciał pojeździć na rowerze, zobaczyć działkę dziadków. Miał zaplanowany dzień po dniu. Zachowywał się jak dorosły żegnający się ze światem. Dzieci, mówią pracownicy hospicjum, wiedzą, że ich czas się zbliża. Któreś chce wędkę albo gołąbka. Nie przełknie ze względu na spalony chemią przełyk, ale… Inne oddaje swoje zabawki albo w pośpiechu haftuje serwetkę dla mamy. Żeby zdążyć. Agnieszka Ćwiklik jest młoda. Chore dzieci wolą młode pielęgniarki. I napatrzona na umieranie. Do podopiecznych w promieniu 100 km jeździ autkiem z widocznym logo. Rodzice często każą zaparkować dwie ulice dalej. – W domu pełna konspiracja, a ono mi zdradza w sekrecie: “Wiesz, ja umieram, ale nie chcę, żeby mama płakała”. Potem przychodzi ten moment… To niesamowite w umieraniu dzieci. Odchodząc, wybierają sobie osoby do towarzystwa, nawet czas odejścia. W Wigilię, w Dzień Matki, imieniny taty. Zwykle jest wtedy cichutko. Zasypiają. Jak aniołki. Chwilka i… są po drugiej stronie. Najczęściej seriami. W trójkach. Nigdy jedno. Mówiliśmy mu, nie umrzesz Pod dom Krążałów w Rudce (powiat Mrozy) oznakowany samochód podjeżdża często. Trzy lata temu w dużym pokoju na parterze stały jeszcze dwa wózki i dwa łóżka. 19-letniego Karola i o sześć lat starszego Pawła, których do wózków przykuł ten sam wyrok: zanik trzy lata temu, Karol miał pierwszą przymiarkę do śmierci. Paweł skończył 22 lata. To dużo w tej chorobie. Płuca nie wytrzymały infekcji. – Był przytomny do końca – Karol opowiada spokojnie. – Przed południem powiedział, że umiera. Włączyliśmy radio. Mówiliśmy: “Paweł, nie umrzesz”. Po południu oznajmił: “Jak przeżyję, będzie cud”. Zmarł o piątej rano. Karol nie płakał. Z bólu. Nie, nie był przygotowany. Na to nie da się przygotować. Zawsze jest nagle. Karol Krążała wie dokładnie, jak będzie przebiegać finał. Od początku do końca. Nie ma na to lekarstwa. Choroba postępuje powoli, ale nieubłaganie. Człowiek robi się słabszy, słabszy… Choć na razie Karol nie zgadza się na żadne zakończenie i zaplanował urodziny w grudniu. To najdalszy termin, jaki planuje. Ostatnio pewna fundacja zrealizowała inny plan Karola. Spotkał się z Maciejem Żurawskim, piłkarzem Wisły Kraków. Wychodził po meczu ostatni. Podali sobie rękę. Na stole leży tom “Harry’ego Pottera”. Pani Małgosia, opiekunka, co jakiś czas przewraca kartki i podaje do ust drobniutkie kęsy chleba z masłem. Rodzice, pracownicy kolei, do południa są w pracy, a zdeformowany i unieruchomiony w ciele Karol nie strzepnie nawet muchy z czoła. Jest przywiązany do wózka specjalnym pasem – sam by się już nie utrzymał. Cieniutka szyja, pierś nienaturalnie wypięta do przodu. Serce niemal na wierzchu. Widać przez koszulę, jak pracuje. Z tą świadomością, o której mówimy nieśmiało, dojrzewa się w przyspieszonym tempie. Karol boi się właściwie nie tyle śmierci, ile umierania, tego momentu przejścia. Tej świadomości, którą widział wtedy u brata. I łez matki. – Dużo bardziej przeżywają rodzice. Widziałem, jak wtedy cierpieli. Czarek, młodszy brat Karola, wleciał właśnie z grzybem. Wokół Rudki jest dużo lasów. Czarek urodził się bez wady. Przynosi grzyby, żeby Karol powąchał, jak pachnie las. Notatki ze smaków Smutny dzień. Dziś Ela podała sobie potrójną morfinę. Brzuch jest opuchnięty jak piłka. Nie sika. Ćmienie zagłusza takim monotonnym bujaniem. Rak atakuje już uszy Marzeny. Kobieta na chwilę jakby odpływa podczas rozmowy, po czym dopytuje się, na czym skończyłyśmy. Żółte ręce są bardziej matowe niż tydzień temu. Suche i chłodne. I wzdęty brzuch. – Że też taki ze mnie łakomczuch – szuka ust, wolno wkładając kolejne ciasteczko, które dziś jest na deser. Bo chorzy w hospicjum powinni jeść rarytasy. To się im należy. Gdy Tadeusz Kutwa, były monter telewizorów, 42 lata, spokojnie kroi jabłko na cząstki, obok gaśnie pan Roman. Tu śmierć nie następuje za parawanem. – Nie to, żeby się człowiek oswoił – Tadeusz, któremu rak zjadł pół czaszki, nie umie wytłumaczyć słowami. – To tylko przeprowadzka. Nic nadzwyczajnego w perspektywie ludzkości, więc dlaczego moja czy twoja śmierć ma być nadzwyczajna? Łysy, ze zdeformowaną głową, czasem gubi wyrazy i wątek. W szufladzie przy łóżku trzyma oprawiony wycinek z gazety ze swoim zdjęciem, pod którym jest autograf Jana Pawła II. Autentyczność potwierdza watykańska pieczęć. Obok w tej samej szufladzie ma jeszcze specjalny portfel. Na etykiety ulubionego jedzenia. Bo oprócz Legii Tadeusz najbardziej lubi jeść. A ponieważ z pamięcią u niego coraz gorzej, chowa etykiety, żeby wiedziano, gdy już zapomni… Bo nie każdy ser i chleb ma ten sam smak. – Plany? Nie doczekam realnie. Chciałbym jeszcze polecieć do papieża. Ale mózg nie wytrzyma tego ciśnienia. Drugiego też nie doczekam – żeby Legia była mistrzem Polski – ucina. Szczepan Brzeziński, 50 lat, sąsiad z drugiej sali, podzielił dzień na szczegółowe zadania. Równiutko o tych samych porach leki, równiutko posłane łóżko, celebrowanie każdego kęsa podczas posiłku. Pokorny. Rak kości zaatakował już żebra i kręgosłup. – Przy raku – tłumaczy – trzeba dobrze planować. Wyznaczać jakieś cele. Żeby człowiek nie czekał na śmierć. Na przykład jedzenie. Planuję, co chciałbym zjeść, a co może być. Albo czekam na… Na przykład na sok. Wiosną tu w ogrodzie nazbierałem kilka pigw. Oczyściłem, zalałem cukrem… Sprawy ważniejsze niż sok z pigwy już pozałatwiał. Sprzedał samochód i wszystko przepisał na siostrę. Ma zająć się podziałem: na siebie, byłą żonę i syna. Szczepan wierzy, że tam coś jest. – Ale nie w diabły i smołę. Wierzę w sen śmierci. Przyjdzie taki czas, że wszystkich nas Bóg obudzi… *** Spóźniłam się kilka dni. Tadeusz Tokarski na mnie nie poczekał. Umierał na łóżku obok Szczepana: – Przyszli w niedzielę. Syn, córka i wnuk. Nie, nie było małżonki. Szczerze się pożegnali. Ucałował wnuka w czoło. Mówił: “Jak wydobrzeję na wiosnę…”. W nocy Szczepan słuchał oddechu pana Tadzia. Był coraz cichszy, cichszy… Ustał nie wiadomo kiedy. Jakby pan Tadzio zasnął. Równo 30 minut po północy. Gdyby Szczepan miał umrzeć, chciałby tak samo… Był skromny. Zostało po nim tylko szare mydło. * Połowa z nas woli się przygotować do śmierci i poczynić plany. Zdecydowana większość (69%) uważa, że śmierć nie kończy naszego istnienia. Przeciwnego zdania jest tylko co siódmy ankietowany. * Wśród lęków związanych ze śmiercią najwięcej obaw budzi umieranie w bólu i pozostawienie bliskich. Ponad połowa niepokoi się, czy będzie miała możliwość pożegnania się z bliskimi i czy ktoś będzie pamiętał oraz że umrze bez sakramentu lub nie uzyska zbawienia. Rzadziej wymieniane są takie lęki jak pozostawienie niezałatwionych spraw, samotne umieranie, śmierć w szpitalu, nieuzyskanie przebaczenia tych, którym wyrządziliśmy krzywdę. Najrzadziej lęk budzą takie sprawy jak to, co właściwie stanie się z nami po śmierci. * Najwięcej obaw mają kobiety, ludzie z wyższym wykształceniem, przedstawiciele kadry kierowniczej, niepracujące gospodynie domowe. Najmniej osoby najbardziej religijne, emeryci i mieszkańcy wsi. (CBOS, “O umieraniu i śmierci”, 2001) Podobne wpisy
jak bezboleśnie pożegnać się ze światem